Odkąd dowiedziałem się, z czym wiążą się postmodernistyczne teorie, coś mi się wydawało, że tworzy je banda oszołomów. A może to po prostu mój światopogląd jest wystarczająco różny od światopoglądu wojujących feministek, ekologów i marksistów, żeby robiło mi się niedobrze, kiedy słyszę, co oni nowego wymyślili.
Dziś natrafiłem na ten artykuł. Przyznaję – przypadkiem, bo nie jestem stałym czytelnikiem prasy katolickiej (może z wyjątkiem Tygodnika Powszechnego, ale to trochę inna – o ironio – parafia). Znalazłem na Wykopie. I uśmiałem się jak głupi z bateryjki.
W chwili pomiędzy lekturą wyżej wspomnianego artykułu, a tworzeniem tego tekstu, zamówiłem już sobie polski przekład Fashionable nonsense w mojej bibliotece uniwersyteckiej i mam go zamiar odebrać jutro. Przeczytam cholera wie kiedy. Pewnie jak najszybciej, bo to, co przeczytałem w artykule Tomasza Włodka zachęciło mnie bardzo. Poza tym jest jeszcze jeden czynnik – trzeba odebrać dyplom magisterski, a nie mogę tego zrobić, póki nie oddam wszystkich książek do biblioteki i nie podbiję karty obiegowej. No, ale na to jeszcze mam trochę czasu. Za to chcę korzystać póki mogę i przeczytać tę jakże zajmującą analizę.
Żal mi tylko Julki (Kristevej). Szkoda, że dziewucha nie potrafi się zachować i spokojnie, z zimną krwią, przyjąć krytyki czy też odpowiedzieć na takową krytykę jakimiś konkretnymi argumentami. Krzyczy jak jakiś pospolity babsztyl wsłuchany w audycje nadawane z Torunia. Szkoda. Ale z drugiej strony jakieś jej matematyczne teorie poezji nie za bardzo mnie interesują. Dla mnie przede wszystkim jest ważny jej wpływ na teorię intertekstualności. Cytując herolda z Facetów w rajtuzach: „The rest of you can… bugger off!”
Moje rozrywki ostatnimi czasy są dość mocno ograniczone obowiązkami przyszłego doktoranta. Praca, konspekt, książki, artykuły, bibliografia – cały tej bajzel. Ale i tak znajduję czas na jakże przyjemne LANy oraz wieczory w dojo sensei Mietka. Na LANach króluje niepodzielnie Call of Duty 4 – wspomniana w poprzednim wpisie strzelanka wszechczasów z wyjątkowo uzależniającym trybem rozgrywki wieloosobowej. Po prostu kocham ten dźwięk, kiedy ktoś o ułamek sekundy za późno orientuje się, że właśnie uzbroił zostawioną przeze mnie minę zbliżeniową i zaraz nastąpi detonacja. Emocje, emocje i dużo krzyku. Ale również i dużo radości, kiedy dwuosobowa drużyna złożona z Mietka i mnie robi podręcznikową rozgrywkę w trybie „sabotaż” na planszy „Broadcast”. Dumny jestem z tego.
Wczoraj znów miał być LAN – nie wyszło. Za to pograliśmy u Mietka w Dead or alive 3. Sensei Mietek nauczył nas podstawowej zasady bijatyk, czyli „zawsze wstawaj z lołkikiem”. I come to kick ass.
A jeszcze a propos rozrywek, byłem niedawno pierwszy raz w życiu na kręglach. Fajna zabawa, gdybym potem tylko nie miał tych zakwasów w plecach. Ale z chęcią powtórzę, bo mimo wszystko mi się podobało. Trochę mniejsze emocje niż na LANie, ale może być.
I w ten sposób połączyłem filozofię z rozrywkami. Niedbale, bo niedbale, ale w sumie cały ten wpis jest na jeden temat. Rozrywki. Bawimy się realnymi filozoficznymi głupotami tworzonymi przez realnych oszołomów. Bawimy się w strzelanie do siebie z wirtualnych karabinów. Bawimy się w kopanie się wirtualnymi nogami bo wirtualnych głowach. Bawimy się w rzucanie realnych kul w kierunku realnych pachołków. Wszystko jedno co i jak, byle by się dobrze bawić.
wtorek, 30 czerwca 2009
środa, 3 czerwca 2009
Kryzys w branży
Trochę się przeraziłem. Dostałem ostatnio od Qlka trailer gry, która ma się ukazać jakoś niedługo. Fabuła osadzona jest w uniwersum Gwiezdnych Wojen, a gra ma się wpisywać w czasy Starej Republiki (byliśmy już świadkami dwóch odsłon niezłych gier RPG z serii The Knights of the Old Republic). Trailer oczywiście bardzo zachęcająco przedstawia nam grę Star Wars: The Old Republic. MMORPG…
Wiem, mnóstwo ludzi się ucieszy, że będzie kolejna możliwość przeżycia razem z tysiącami ludzi wspaniałej przygody. Owszem, ma to swoje zalety. Ale chciałbym spojrzeć na tę „drugą stronę medalu” i zapłakać nad przyszłością gier komputerowych (zwłaszcza tych na pecety).
Chyba już bezpowrotnie minęły czasy, kiedy gra była wielką opowieścią, mająca ciekawą, często mocno zagmatwaną fabułę, wiele wątków pobocznych i charakterystycznych bohaterów. Może po prostu jestem staromodny, ale dla mnie gry to często były interaktywne książki. Wystarczy choć chwilę pograć w choćby Baldur’s Gate, czy Deus Ex, żeby znaleźć dużo lepsze fabuły do ekranizacji niż Mortal Kombat. Ale jak zawsze liczy się tylko kasa, a najlepiej sprzedają się rzeczy lekkostrawne.
Największa kasa w tym momencie jest w grach wieloosobowych przez Internet, czyli MMOG. Wystarczy ukraść skądś świat (albo przerobić jakiś istniejący gdzieś indziej), wymyślić kilka postaci, kilka zadań i hop! gotowe. Trzepiemy kasy jak lodu i to jakim małym wysiłkiem. A gdzie nam tworzyć zagmatwane fabuły z zaskakującymi zwrotami akcji. Po cholerę się wysilać?
Ale są przypadki, które udowadniają, że jednak się da. Jak głosi stare powiedzenie – cieć to buc (czyt.: chcieć to móc). Call of Duty 4. Bardzo proszę. Kampania zapierająca dech w piersiach, ciekawa (jak na strzelankę, czyli na poziomie wybitnej powieści sensacyjnej) z wielką ilością niespodzianek. Efekt potęgowany jest jeszcze przez bezpośrednie uczestnictwo odbiorcy w całej tej historii, jako jeden z głównych bohaterów. Do tego mamy dodany wciągający tryb wieloosobowy, który gwarantuje prawie nieskończoną zabawę (chyba, że przez całą noc gracie we dwójkę na jednej planszy to idzie się znudzić). Widać jak się przyłożyć, to można zrobić grę, która jednocześnie gwarantuje niezapomniane (oj tak!) przeżycia w trybie singlowym i wiele godzin zabawy (oraz kokosy dla twórców) w trybie wieloosobowym.
Ale jak zawsze wszyscy idą na łatwiznę, a ja uciekam się do takich gier jak Battle for Wesnoth. Swoją drogą polecam, bo to godny następca Fantasty Generala. Gra się cały czas rozwija, dostępna jest w wielu wersjach językowych, ma ciekawe kampanie i (co równie ważne) jest za darmo. Można ją ściągnąć stąd.
Wiem, mnóstwo ludzi się ucieszy, że będzie kolejna możliwość przeżycia razem z tysiącami ludzi wspaniałej przygody. Owszem, ma to swoje zalety. Ale chciałbym spojrzeć na tę „drugą stronę medalu” i zapłakać nad przyszłością gier komputerowych (zwłaszcza tych na pecety).
Chyba już bezpowrotnie minęły czasy, kiedy gra była wielką opowieścią, mająca ciekawą, często mocno zagmatwaną fabułę, wiele wątków pobocznych i charakterystycznych bohaterów. Może po prostu jestem staromodny, ale dla mnie gry to często były interaktywne książki. Wystarczy choć chwilę pograć w choćby Baldur’s Gate, czy Deus Ex, żeby znaleźć dużo lepsze fabuły do ekranizacji niż Mortal Kombat. Ale jak zawsze liczy się tylko kasa, a najlepiej sprzedają się rzeczy lekkostrawne.
Największa kasa w tym momencie jest w grach wieloosobowych przez Internet, czyli MMOG. Wystarczy ukraść skądś świat (albo przerobić jakiś istniejący gdzieś indziej), wymyślić kilka postaci, kilka zadań i hop! gotowe. Trzepiemy kasy jak lodu i to jakim małym wysiłkiem. A gdzie nam tworzyć zagmatwane fabuły z zaskakującymi zwrotami akcji. Po cholerę się wysilać?
Ale są przypadki, które udowadniają, że jednak się da. Jak głosi stare powiedzenie – cieć to buc (czyt.: chcieć to móc). Call of Duty 4. Bardzo proszę. Kampania zapierająca dech w piersiach, ciekawa (jak na strzelankę, czyli na poziomie wybitnej powieści sensacyjnej) z wielką ilością niespodzianek. Efekt potęgowany jest jeszcze przez bezpośrednie uczestnictwo odbiorcy w całej tej historii, jako jeden z głównych bohaterów. Do tego mamy dodany wciągający tryb wieloosobowy, który gwarantuje prawie nieskończoną zabawę (chyba, że przez całą noc gracie we dwójkę na jednej planszy to idzie się znudzić). Widać jak się przyłożyć, to można zrobić grę, która jednocześnie gwarantuje niezapomniane (oj tak!) przeżycia w trybie singlowym i wiele godzin zabawy (oraz kokosy dla twórców) w trybie wieloosobowym.
Ale jak zawsze wszyscy idą na łatwiznę, a ja uciekam się do takich gier jak Battle for Wesnoth. Swoją drogą polecam, bo to godny następca Fantasty Generala. Gra się cały czas rozwija, dostępna jest w wielu wersjach językowych, ma ciekawe kampanie i (co równie ważne) jest za darmo. Można ją ściągnąć stąd.
czwartek, 21 maja 2009
Miasto dupy
Świat faktycznie jest mały. Byłem dzisiaj na chwilę w Breslau. Dosłownie na pół godziny. Obróciłem w obie strony w pięć godzin. Ale przez moment miałem wrażenie, że nie jestem w mieście europejskim, promującym się jako najbardziej zielone w Polsce i sławiącym swoją niepowtarzalną atmosferę. Przez chwilę wydawało mi się, że nagle znalazłem się w Mogadiszu. Nawet w pewnym momencie zacząłem sobie nucić ten oto motyw muzyczny Hansa Zimmera, napisany na potrzeby filmu Black Hawk Down. I nie był to mój pierwszy raz, kiedy poczułem się we Wrocławiu jak gdzieś, gdzie nie obowiązują zasady ruchu drogowego. Zacznijmy jednak od początku.
Sprawa ogólnie dość zabawna – kochana mamusia robi remont tarasu i ganku. Źle obliczyła zapotrzebowanie na kafelki i brakło jej jednej (!) paczki. Okej, nie problem. Wystarczy podjechać do pierwszego lepszego marketu budowlanego i kupić. Tak, gdyby to było takie proste. Bo akurat te kafelki, tej firmy, które już leżą na ganku, najbliżej można dostać w Łodzi lub we Wrocławiu. Wykorzystaliśmy więc moją kuzynkę w Breslau (pozdrowienia dla Madzi) oraz jej chłopaka Grzegorza, żeby kupili paczkę kafelków. Po krótkich rachunkach okazało się też, że taniej jest przyjechać po płytki naszą biała pigułą, niż wysłać kurierem (zrozumiałe, ważą przecież dobrze ponad 20 kg).
No to jadę. Akcja dopięta na ostatni guzik. Przed ósmą rano biorę auto od taty z pracy z Katowic, jadę do Breslau, odbieram kafelki i wracam do Katowic przed 15.00. Do Wrocławia dojechałem na 10.00 i zaczęło się, jak tylko wjechałem do miasta. Na obrzeżach jeszcze jakoś się jechało, ale im dalej w gorod tym gorzej. Zaczęło się od remontu na ulicy Wyścigowej i wynikłego z tego powodu gigantycznego korka. Rzecz normalna, remont drogi. Przyzwyczaiłem się jeżdżąc po Katowicach, gdzie panuje permanentny remont. Ale okazuje się, że we Wrocławiu potrafią jeszcze lepiej, bo robią kierowców w konia oznaczeniami remontów. Sytuacja wygląda tak: dwa pasy ruchu w każdą stronę, między nimi pas zieleni. Korek. Posuwam się żółwim tempem po prawym pasie, bo widzę na nawigatorze, że niedługo mam skręcać w prawo. Ciężarówka przede mną rusza i odsłania znak ostrzegawczy „zwężenie jezdni z lewej strony”. Myślę sobie, że się dobrze ustawiłem, bo teraz nie będę się musiał pchać na lewy pas, żeby ominąć roboty drogowe. Ale we Wrocławiu myśli się inaczej, więc jak się niedługo okazało, jezdnia zwężała się z prawej strony i musiałem pchać się na lewy pas. Potem tylko gorzej. Bombaj, Mogadiszu, Rzym, Sofia. Żadnych pasów, nawierzchnia pamiętająca cesarza Franciszka Józefa i samowolka na jezdni. Dobrze, że chociaż światła funkcjonowały jako tako, bo w przeciwnym wypadku ulice zmieniłyby się w nieopanowany żywioł. W drodze powrotnej również przejeżdżałem przez ulicę Wyścigową. Oczywiście, z drugiej strony, remont jezdni również jest oznaczony na odwrót. Chłopaki z robót drogowych chyba sobie pomylili znaki.
W sumie wiedziałem, czego się spodziewać, bo już parę razy dane mi było jeździć po Wrocławiu i za każdym razem czułem się jak gdzieś w południowo-wschodniej Azji. Ale dzisiaj do mnie dotarło, że to miasto przez dobrych parę wieków było germańskie. Niemców wyrzuciliśmy po 1945, a nasi uczeni poczęli udowadniać, że to miasto to nie żadne Breslau tylko Wrocław właśnie i plemiona słowiańskie mieszkają tu od niepamiętnych czasów. Nie mogę się z tymi opiniami nie zgodzić. Taką rozpierduchę mogą zrobić tylko Słowianie. Podczas koncertu Cool Kids Of Death usłyszałem kiedyś ze sceny, że „Mysłowice to nie pierdolony Manchester”. Parafrazując - „Wrocław to nie pierdolone Breslau”. To nasz polski, swojski, rozjebany do granic możliwości Wrocław.
Sprawa ogólnie dość zabawna – kochana mamusia robi remont tarasu i ganku. Źle obliczyła zapotrzebowanie na kafelki i brakło jej jednej (!) paczki. Okej, nie problem. Wystarczy podjechać do pierwszego lepszego marketu budowlanego i kupić. Tak, gdyby to było takie proste. Bo akurat te kafelki, tej firmy, które już leżą na ganku, najbliżej można dostać w Łodzi lub we Wrocławiu. Wykorzystaliśmy więc moją kuzynkę w Breslau (pozdrowienia dla Madzi) oraz jej chłopaka Grzegorza, żeby kupili paczkę kafelków. Po krótkich rachunkach okazało się też, że taniej jest przyjechać po płytki naszą biała pigułą, niż wysłać kurierem (zrozumiałe, ważą przecież dobrze ponad 20 kg).
No to jadę. Akcja dopięta na ostatni guzik. Przed ósmą rano biorę auto od taty z pracy z Katowic, jadę do Breslau, odbieram kafelki i wracam do Katowic przed 15.00. Do Wrocławia dojechałem na 10.00 i zaczęło się, jak tylko wjechałem do miasta. Na obrzeżach jeszcze jakoś się jechało, ale im dalej w gorod tym gorzej. Zaczęło się od remontu na ulicy Wyścigowej i wynikłego z tego powodu gigantycznego korka. Rzecz normalna, remont drogi. Przyzwyczaiłem się jeżdżąc po Katowicach, gdzie panuje permanentny remont. Ale okazuje się, że we Wrocławiu potrafią jeszcze lepiej, bo robią kierowców w konia oznaczeniami remontów. Sytuacja wygląda tak: dwa pasy ruchu w każdą stronę, między nimi pas zieleni. Korek. Posuwam się żółwim tempem po prawym pasie, bo widzę na nawigatorze, że niedługo mam skręcać w prawo. Ciężarówka przede mną rusza i odsłania znak ostrzegawczy „zwężenie jezdni z lewej strony”. Myślę sobie, że się dobrze ustawiłem, bo teraz nie będę się musiał pchać na lewy pas, żeby ominąć roboty drogowe. Ale we Wrocławiu myśli się inaczej, więc jak się niedługo okazało, jezdnia zwężała się z prawej strony i musiałem pchać się na lewy pas. Potem tylko gorzej. Bombaj, Mogadiszu, Rzym, Sofia. Żadnych pasów, nawierzchnia pamiętająca cesarza Franciszka Józefa i samowolka na jezdni. Dobrze, że chociaż światła funkcjonowały jako tako, bo w przeciwnym wypadku ulice zmieniłyby się w nieopanowany żywioł. W drodze powrotnej również przejeżdżałem przez ulicę Wyścigową. Oczywiście, z drugiej strony, remont jezdni również jest oznaczony na odwrót. Chłopaki z robót drogowych chyba sobie pomylili znaki.
W sumie wiedziałem, czego się spodziewać, bo już parę razy dane mi było jeździć po Wrocławiu i za każdym razem czułem się jak gdzieś w południowo-wschodniej Azji. Ale dzisiaj do mnie dotarło, że to miasto przez dobrych parę wieków było germańskie. Niemców wyrzuciliśmy po 1945, a nasi uczeni poczęli udowadniać, że to miasto to nie żadne Breslau tylko Wrocław właśnie i plemiona słowiańskie mieszkają tu od niepamiętnych czasów. Nie mogę się z tymi opiniami nie zgodzić. Taką rozpierduchę mogą zrobić tylko Słowianie. Podczas koncertu Cool Kids Of Death usłyszałem kiedyś ze sceny, że „Mysłowice to nie pierdolony Manchester”. Parafrazując - „Wrocław to nie pierdolone Breslau”. To nasz polski, swojski, rozjebany do granic możliwości Wrocław.
piątek, 15 maja 2009
Drugi wpis spontaniczny
Kocham technologię. Czemu ja nie poszedłem na studia informatyczne? W tej chwili sram. Siedzę na kiblu we własnym domu, a jednocześnie mogę przeglądać wiadomości w sieci i jeszcze zrobić ten oto wpis na blogu. Piękne czasy.
niedziela, 10 maja 2009
Balkan music
Miało być niby o Houku, ale nie będzie. W zamian za to dwa zespoły, które ostatnio wciąż chodzą mi po głowie, a które do pewnego stopnia są ewenementem w swojej okolicy. Jakiej okolicy? Bułgarii oczywiście. Zaraz o nich opowiem, ale najpierw przydługi nieco wstęp.
Jakby kto nie wiedział, Bułgaria jest krajem bałkańskim. Oznacza to dwie rzeczy – po pierwsze, że leży na Półwyspie Bałkańskim (nieprawdopodobne, co nie?); po drugie, że jej scena muzyczna charakteryzuje się przewagą melodii skocznych i miłych dla ucha. W każdym kraju bałkańskim istnieje coś, co jest ichniejszą odmianą naszego disco polo, a które w Bułgarii nazywa się pop-folkiem lub czałgą. Muzyka ta składa się z:
a) ognistego, orientalnego rytmu idealnego do zabawy;
b) łatwo wpadającej w ucho i równie orientalnej melodii;
c) tekstu, na który właściwie nie zwraca się uwagi, bo i tak jest kretyński;
d) wokalistki, która ma w sobie więcej silikonu niż wy macie we wszystkich waszych oknach, łazienkach i kuchniach.
Jeżeli ktoś tworzy muzykę alternatywną wobec czałgi, to już jest coś. Jednak większość tej alternatywy również przedstawia bardzo przyjemne melodyjki, czyli różne wersje brit-popu i a’la Myslovitz’owskiego grania (Остава) lub różne wariacje w okolicach punk-ska-reggae (Уикеда, Хиподил). Cokolwiek by nie mówić o muzyce i melodiach, często nie można im odmówić pomysłowych i oryginalnych tekstów. Ale wciąż nie tego szukamy.
Dobrze, to może jakieś bardziej etno klimaty? To też niby jest wszędzie na Bałkanach, a jednak można w tym obszarze tworzyć bardzo ciekawą muzykę. Proszę bardzo, mamy w Bułgarii takie rarytasy jak Балканджи, którzy bardzo umiejętnie łączą ludowe tematy muzyczne oraz teksty z muzyką rockową. Smaczniutkie. Jest też etno-ambient inspirowany średniowiecznym ruchem hesychazmu, Исихия, który to zespół nagrywa świetną muzykę na wyciszenie się, albo na tło. Ale wciąż kręcimy się w bałkańskich okolicach, bo i muzykę etniczną i orientalną i skoczną mają wszystkie narody na tym półwyspie.
Jednej rzeczy nie mają. Ciężkich brzmień. Bułgaria jest jedynym krajem z tej części Europy, który ma całkiem nieźle rozwiniętą scenę black i death metalową – przykład Primitive Angel Gospoden (czyli Primitive Anioł Pański). Mnie natomiast ostatnio w ucho wpadła muzyka, którą trudno mi określić. Alternatywna jest na pewno, mocno grają i szybko, ale czasem zwolnią, wokalista się drze jak stare prześcieradło babci i czasem wchodzi na takie rejestry, że początkowo myślałem, że w zespole śpiewa jakaś pani. Bardzo dynamiczne, z wyraźnym rytmem, ale rytmem potłuczonym, dziwnym, nieznanym w naszej części Europy.
Piszę i piszę, a nie powiedziałem kto. Сепуко 6 (Seppuko 6). Wydaje mi się, że najlepiej będzie ich po prostu posłuchać. Polecam zwłaszcza takie piosenki jak Dushkomfort, Oksid lub Sublimation. Mam nadzieję, że się spodoba.
Drugim zespołem, który mi ostatnio chodzi po głowie, jest Skre4 (czyt.: "skrecz"). Trochę z innej bajki niż Seppuko, bo jest to jakieś dziwne połączenie mocnej, metalowej muzyki z hip-hopem. Jeśli miałbym to porównywać, to ich styl można określić jako podobny do Rage Against The Machine, Papa Roach, czy Beastie Chłopców.
Tak, robię bułgarską propagandę, mającą na celu popularyzację tamtejszej muzyki. Może coś z tego wyjdzie.
Jakby kto nie wiedział, Bułgaria jest krajem bałkańskim. Oznacza to dwie rzeczy – po pierwsze, że leży na Półwyspie Bałkańskim (nieprawdopodobne, co nie?); po drugie, że jej scena muzyczna charakteryzuje się przewagą melodii skocznych i miłych dla ucha. W każdym kraju bałkańskim istnieje coś, co jest ichniejszą odmianą naszego disco polo, a które w Bułgarii nazywa się pop-folkiem lub czałgą. Muzyka ta składa się z:
a) ognistego, orientalnego rytmu idealnego do zabawy;
b) łatwo wpadającej w ucho i równie orientalnej melodii;
c) tekstu, na który właściwie nie zwraca się uwagi, bo i tak jest kretyński;
d) wokalistki, która ma w sobie więcej silikonu niż wy macie we wszystkich waszych oknach, łazienkach i kuchniach.
Jeżeli ktoś tworzy muzykę alternatywną wobec czałgi, to już jest coś. Jednak większość tej alternatywy również przedstawia bardzo przyjemne melodyjki, czyli różne wersje brit-popu i a’la Myslovitz’owskiego grania (Остава) lub różne wariacje w okolicach punk-ska-reggae (Уикеда, Хиподил). Cokolwiek by nie mówić o muzyce i melodiach, często nie można im odmówić pomysłowych i oryginalnych tekstów. Ale wciąż nie tego szukamy.
Dobrze, to może jakieś bardziej etno klimaty? To też niby jest wszędzie na Bałkanach, a jednak można w tym obszarze tworzyć bardzo ciekawą muzykę. Proszę bardzo, mamy w Bułgarii takie rarytasy jak Балканджи, którzy bardzo umiejętnie łączą ludowe tematy muzyczne oraz teksty z muzyką rockową. Smaczniutkie. Jest też etno-ambient inspirowany średniowiecznym ruchem hesychazmu, Исихия, który to zespół nagrywa świetną muzykę na wyciszenie się, albo na tło. Ale wciąż kręcimy się w bałkańskich okolicach, bo i muzykę etniczną i orientalną i skoczną mają wszystkie narody na tym półwyspie.
Jednej rzeczy nie mają. Ciężkich brzmień. Bułgaria jest jedynym krajem z tej części Europy, który ma całkiem nieźle rozwiniętą scenę black i death metalową – przykład Primitive Angel Gospoden (czyli Primitive Anioł Pański). Mnie natomiast ostatnio w ucho wpadła muzyka, którą trudno mi określić. Alternatywna jest na pewno, mocno grają i szybko, ale czasem zwolnią, wokalista się drze jak stare prześcieradło babci i czasem wchodzi na takie rejestry, że początkowo myślałem, że w zespole śpiewa jakaś pani. Bardzo dynamiczne, z wyraźnym rytmem, ale rytmem potłuczonym, dziwnym, nieznanym w naszej części Europy.
Piszę i piszę, a nie powiedziałem kto. Сепуко 6 (Seppuko 6). Wydaje mi się, że najlepiej będzie ich po prostu posłuchać. Polecam zwłaszcza takie piosenki jak Dushkomfort, Oksid lub Sublimation. Mam nadzieję, że się spodoba.
Drugim zespołem, który mi ostatnio chodzi po głowie, jest Skre4 (czyt.: "skrecz"). Trochę z innej bajki niż Seppuko, bo jest to jakieś dziwne połączenie mocnej, metalowej muzyki z hip-hopem. Jeśli miałbym to porównywać, to ich styl można określić jako podobny do Rage Against The Machine, Papa Roach, czy Beastie Chłopców.
Tak, robię bułgarską propagandę, mającą na celu popularyzację tamtejszej muzyki. Może coś z tego wyjdzie.
sobota, 9 maja 2009
Excelsior!
Znalazłem dzisiaj w wiadomościach Wirtualnej Polski takie oto doniesienie prasowe. Przeczytałem i najpierw zacząłem się śmiać jak głupi z bateryjki. Romek znowu robi cyrk. Ale potem wzięło mnie na przemyślenia - ludzie są jednak w stanie zrobić wszystko, żeby zaistnieć w mediach. Bo ja rozumiem, że pan Giertych jest wielkim patriotą, spadkobiercą ideowym Dmowskiego oraz żarliwym obrońcą katolickich wartości, ale żeby za taką pierdołę do sądu pozywać? Dla mnie wytłumaczenia są dwa.
Pierwsze (mniej prawdopodobne) – panu Giertychowi już do cna odbiło na punkcie patriotyzmu i popadł w paranoję.
Drugie (bardziej prawdopodobne) – pan Giertych zatęsknił za błyskiem fleszy i uwagą reporterów, postanowił więc pozwać ogólnopolską stację telewizyjną (znaną na dodatek z poglądów przeciwnych jego przekonaniom) do sądu za to, że nie pokazali jego obecnego domu.
Nic innego, jak polska wersja Ala Gore’a przedstawionego w kilku odcinkach South Parku. W tej oto kreskówce wytłumaczone jest wprost, odkąd przestał pełnić funkcję wiceprezydenta, Gore tak zatęsknił za uwagą mediów, że wymyślił sobie człeko-świnio-niedźwiedzia, przed którym musi uratować ludzkość. Mniej więcej koło 4 minuty tata Stana tłumaczy chłopcom motywy jego działania, którymi według mnie kieruje się też Roman Giertych (jedyna różnica polega na tym, że Gore był wiceprezydentem, a Giertych wicepremierem). Innymi słowy popadł w paranoję. Ciekawe, na jakim etapie jest Roman Giertych i czy skończy tak jak Al Gore.
Ciekawe też, czy również ja zostanę pozwany, za obrażanie wybitnego męża stanu na moim smarkatym blogu. No, przynajmniej ta strona powinna zostać zaatakowana przez członków Młodzieży Wszechpolskiej.
Pierwsze (mniej prawdopodobne) – panu Giertychowi już do cna odbiło na punkcie patriotyzmu i popadł w paranoję.
Drugie (bardziej prawdopodobne) – pan Giertych zatęsknił za błyskiem fleszy i uwagą reporterów, postanowił więc pozwać ogólnopolską stację telewizyjną (znaną na dodatek z poglądów przeciwnych jego przekonaniom) do sądu za to, że nie pokazali jego obecnego domu.
Nic innego, jak polska wersja Ala Gore’a przedstawionego w kilku odcinkach South Parku. W tej oto kreskówce wytłumaczone jest wprost, odkąd przestał pełnić funkcję wiceprezydenta, Gore tak zatęsknił za uwagą mediów, że wymyślił sobie człeko-świnio-niedźwiedzia, przed którym musi uratować ludzkość. Mniej więcej koło 4 minuty tata Stana tłumaczy chłopcom motywy jego działania, którymi według mnie kieruje się też Roman Giertych (jedyna różnica polega na tym, że Gore był wiceprezydentem, a Giertych wicepremierem). Innymi słowy popadł w paranoję. Ciekawe, na jakim etapie jest Roman Giertych i czy skończy tak jak Al Gore.
Ciekawe też, czy również ja zostanę pozwany, za obrażanie wybitnego męża stanu na moim smarkatym blogu. No, przynajmniej ta strona powinna zostać zaatakowana przez członków Młodzieży Wszechpolskiej.
sobota, 2 maja 2009
Rdz 32, 25-32.
Przypomniałem sobie jeden tekst Kaczmarskiego i łazi za mną od paru dni. Tekst w sumie traktujący o tym, że to człowiek jest najpotężniejsza istotą we wszechświecie, a Bóg (jakikolwiek, nie będę tu wchodził w spory teologiczne) jest mu podporządkowany. To człowiek posiada realną władzę.
Zazwyczaj przypomina mi się ta piosenka, kiedy potrzebuję jakiejś większej motywacji do osiągnięcia uprzednio wyznaczonych celów. Póki co gonią mnie terminy, a ja nie mam inspiracji na stworzenie kolejnego rozdziału pracy magisterskiej. Może powinienem tego więcej słuchać?
A kiedy walczył Jakub z aniołem
I kiedy pojął że walczy z Bogiem
Skrzydło świetliste bódł spoconym czołem
Ciało nieziemskie kalał pyłem z drogi
I wołał Daj mi Panie bo nie puszczę
Błogosławieństwo na teraz i na potem
A kaftan jego cuchnął kozim tłuszczem
A szaty Pana mieniły się złotem
On sam zaś Pasterz lecz o rękach gładkich
W zapasach wołał: Łamiesz moje prawa
I żądasz jeszcze abym sam z nich zakpił
Ciebie co bluźnisz grozisz błogosławił! -
A szaty Pana mieniły się złotem
Kaftan Jakuba cuchnął kozim tłuszczem
- W niewoli praw twych i w ludzkiej niewoli
Żyłem wśród zwierząt obce karmiąc plemię
Jeśli na drodze do wolności stoisz
Prawa odrzucę precz a Boga zmienię!
I w tym spotkaniu na bydlęcej drodze
Bóg uległ i Jakuba błogosławił
Wprzód mu odjąwszy władzę w jednej nodze
By wolnych poznać po tym że kulawi
(cyt. za http://www.kaczmarski.art.pl/tworczosc/wiersze_alfabetycznie/kaczmarskiego/w/walka_jakuba_z_aniolem.php)
Sama piosenka jest bardzo dobra przede wszystkim ze względu na tekst. Z oryginalnym wykonaniem trochę gorzej. No bo Gintrowski nie ma jeszcze tego przepitego głosu dwusuwowego silnika, a sama aranżacja jednak wydaje mi się dość uboga jak na taki piękny tekst. O ile jestem bardzo sceptyczny wobec wszelkich prób przerabiania piosenek Kaczmarskiego i do tej pory uważam, że Murów nikt nigdy nie zrobi lepiej od niego, to wersja Walki Jakuba z aniołem zespołu Strachy na lachy bardzo pozytywnie mnie rozczarowała. Bardzo sceptyczny byłem nastawiony wobec całej płyty Autor (zwłaszcza po tym, co z twórczością Kaczmarskiego zrobił HabaCOCK). Natomiast poza Murami właśnie i Czerwonym autobusem, który najzwyczajniej w świecie mi się przejadł, to zamieszczone na płycie aranżacje faktycznie zasługują na uwagę. Wydaje mi się, że poza spektaklem Krzyk wg. Jacka Kaczmarskiego są to jedyne warte przesłuchania przeróbki Kaczmarskiego. Cokolwiek by nie mówić o pozostałej twórczości Grabaża i s-ki.
Pewnie w najbliższym czasie jeszcze będzie coś o Huku, bo jakoś tak przypomniał mi się ten jakże godny uwagi polski zespół. W sumie nawet dopiero teraz się dowiedziałem, że ich liderem był niejaki Dariusz „Maleo” Malejonek, który potem założył Maleo Reggae Rockers. No i po co? Jakby Houk komuś przeszkadzał. A MRR (mówiąc oględnie) do moich ulubionych zespołów nie należy. Ale pewnie chłopaki wzięli sobie do serca fakt, że żeby zespół stał się kultowy, to musi się rozpaść. Dobrze przynajmniej, że nikt się nie zastrzelił, żeby zwiększyć sprzedaż płyt.
Miejmy nadzieję, że po tej małej rozgrzewce pisanie magisterki pójdzie mi już jak po maśle.
Zazwyczaj przypomina mi się ta piosenka, kiedy potrzebuję jakiejś większej motywacji do osiągnięcia uprzednio wyznaczonych celów. Póki co gonią mnie terminy, a ja nie mam inspiracji na stworzenie kolejnego rozdziału pracy magisterskiej. Może powinienem tego więcej słuchać?
A kiedy walczył Jakub z aniołem
I kiedy pojął że walczy z Bogiem
Skrzydło świetliste bódł spoconym czołem
Ciało nieziemskie kalał pyłem z drogi
I wołał Daj mi Panie bo nie puszczę
Błogosławieństwo na teraz i na potem
A kaftan jego cuchnął kozim tłuszczem
A szaty Pana mieniły się złotem
On sam zaś Pasterz lecz o rękach gładkich
W zapasach wołał: Łamiesz moje prawa
I żądasz jeszcze abym sam z nich zakpił
Ciebie co bluźnisz grozisz błogosławił! -
A szaty Pana mieniły się złotem
Kaftan Jakuba cuchnął kozim tłuszczem
- W niewoli praw twych i w ludzkiej niewoli
Żyłem wśród zwierząt obce karmiąc plemię
Jeśli na drodze do wolności stoisz
Prawa odrzucę precz a Boga zmienię!
I w tym spotkaniu na bydlęcej drodze
Bóg uległ i Jakuba błogosławił
Wprzód mu odjąwszy władzę w jednej nodze
By wolnych poznać po tym że kulawi
(cyt. za http://www.kaczmarski.art.pl/tworczosc/wiersze_alfabetycznie/kaczmarskiego/w/walka_jakuba_z_aniolem.php)
Sama piosenka jest bardzo dobra przede wszystkim ze względu na tekst. Z oryginalnym wykonaniem trochę gorzej. No bo Gintrowski nie ma jeszcze tego przepitego głosu dwusuwowego silnika, a sama aranżacja jednak wydaje mi się dość uboga jak na taki piękny tekst. O ile jestem bardzo sceptyczny wobec wszelkich prób przerabiania piosenek Kaczmarskiego i do tej pory uważam, że Murów nikt nigdy nie zrobi lepiej od niego, to wersja Walki Jakuba z aniołem zespołu Strachy na lachy bardzo pozytywnie mnie rozczarowała. Bardzo sceptyczny byłem nastawiony wobec całej płyty Autor (zwłaszcza po tym, co z twórczością Kaczmarskiego zrobił HabaCOCK). Natomiast poza Murami właśnie i Czerwonym autobusem, który najzwyczajniej w świecie mi się przejadł, to zamieszczone na płycie aranżacje faktycznie zasługują na uwagę. Wydaje mi się, że poza spektaklem Krzyk wg. Jacka Kaczmarskiego są to jedyne warte przesłuchania przeróbki Kaczmarskiego. Cokolwiek by nie mówić o pozostałej twórczości Grabaża i s-ki.
Pewnie w najbliższym czasie jeszcze będzie coś o Huku, bo jakoś tak przypomniał mi się ten jakże godny uwagi polski zespół. W sumie nawet dopiero teraz się dowiedziałem, że ich liderem był niejaki Dariusz „Maleo” Malejonek, który potem założył Maleo Reggae Rockers. No i po co? Jakby Houk komuś przeszkadzał. A MRR (mówiąc oględnie) do moich ulubionych zespołów nie należy. Ale pewnie chłopaki wzięli sobie do serca fakt, że żeby zespół stał się kultowy, to musi się rozpaść. Dobrze przynajmniej, że nikt się nie zastrzelił, żeby zwiększyć sprzedaż płyt.
Miejmy nadzieję, że po tej małej rozgrzewce pisanie magisterki pójdzie mi już jak po maśle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)