Katharsis przyszło nagle. Bez ostrzeżenia. Niespodziewanie. W chwili, kiedy to sobie uświadomiłem, zrozumiałem, co mieli na myśli Grecy. To istotnie było oczyszczenie. Brutalne i pełne bólu, ale zostawiające po sobie tylko spokój i harmonię.
Zaczęło się normalnie. Budzik. Śniadanie. Praca. Telefony. Maile. Pisma. Papiery. Spotkanie. Koniec pracy. Kawa w Filharmonii.
Rano nigdy nie mam czasu na gazetę. Zawsze po pracy idę na kawę do Filharmonii, do centrum Miasta. Tam sobie robię przegląd prasy. To taka przystań przed powrotem do domu, w którym czeka na mnie tylko kot.
Jasiek przyniósł mi kawę. O tej porze zazwyczaj nie rozmawiamy, najwyżej po prasówce. Przeglądałem strony z wiadomościami ekonomicznymi, gdy nagle ta myśl spadła na mnie jak osiemnastotonowy odważnik na kojota.
(Nawiasem mówiąc, Kojot zawsze wydawał mi się najbardziej tragiczną postacią w kreskówkach. Nigdy nic mu nie wychodziło. Zawsze jakoś mi go było żal. Odkąd ojciec kupił mi w podstawówce koszulkę z Kojotem (nie pytajcie, jak, bo nie wiem) zaczęli za mną wołać „Kojot”. Albo „Willie” czy w polskiej wersji „Wiluś”. Tak już mi zostało.)
Zapomniałem Jej nazwiska. Panieńskiego nazwiska mojej byłej żony. Zamarłem z filiżanką w połowie drogi ze spodka do ust i z ręką w połowie przewracania strony. Pusta. Żadnego śladu. Jaka była pierwsza litera? R? T? Ona była –ska czy –icz? A może jeszcze inaczej? Nie wiem gdzie szukać. Nie pamiętam. Żadnych śladów. Żadnych skojarzeń.
I teraz, po uderzeniu odważnika, nastał spokój. Błogi, niczym nie zmącony spokój wolnego człowieka. Człowieka, którego właśnie opuściły demony przeszłości, żale i smutki.
Całkowicie odprężony opadłem na fotel, wciąż z filiżanką w ręce.
Nareszcie. Poczułem, że już więcej mi się nie przyśni ten dzień, kiedy Ona odeszła. Nie przyśni mi się Jej twarz, ani ten dzień, kiedy powiedziała, że jest w ciąży z innym.
Poczułem się wolny. Pamiętałem Jej imię, Jej pseudonimy i przezwiska począwszy od przedszkola, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć jej nazwiska.
Tak, teraz nareszcie mogłem zacząć od nowa, jakkolwiek głupio to brzmi. Bo żeby naprawdę zacząć od początku, musiałbym cofnąć czas o jakieś dziesięć lat. Może nawet piętnaście. Ale teraz przynajmniej wiem, że w chwili uniesienia, nie nazwę Innej Nią. Mogę całkowicie oddać się Innej i budować od początku, na placu, z którego właśnie usunąłem ostatnie gruzy poprzedniego domu.
Dobrze, że mnie Jasiek nie widzi. Wyglądam pewnie jak kretyn. Wyłożony w fotelu, filiżanka zimnej już kawy w prawej ręce, a na twarzy głupkowaty uśmiech. Jeszcze gotów pomyśleć, że coś paliłem.
Po chwili dochodzę do siebie. Dopijam kawę, chowam gazetę do teczki i odnoszę filiżankę Jaśkowi na bar. Krótkie „do jutra” i wychodzę.
Na progu (może to od kontaktu z mroźnym, styczniowym powietrzem) mój mózg zaczyna pracować inaczej.
Surowicz.
czwartek, 29 stycznia 2009
czwartek, 22 stycznia 2009
Potęga smaku
Ten tytuł to wiersz Herberta. Potęga smaku. Piękny, chociaż mówi zwłaszcza o komunie. Ale (jak większość tekstów Herberta) można go przenieść na wyższą płaszczyznę abstrakcji. Staje się wtedy uniwersalnym tekstem o samodzielnym myśleniu i podchodzeniu z dystansem do wszystkiego, co chcą nam inni wcisnąć (nie ważne kim by ci inni byli). Bo najważniejsze, to mieć poczucie smaku, gustu.
"Tak więc, estetyka może być pomocna w życiu
Nie należy zaniedbywać nauki o pięknie"
Ale ten cały wstęp o wzniosłych wartościach i innych takich wprowadza nas w sprawę dość błahą. Pory roku w kontekście estetyki.
Większość ludzi kocha wiosnę i lato (ew. złotą polską jesień). Wciąż nie mogę się nadziwić, dlaczego, jak tylko spadnie śnieg, ludzie zaczynają chodzić przygnębieni, przybici. Niektórzy się zachowują tak, jakby ktoś ich oszukał w interesach czy umarł im ktoś z bliskich. Ale czemu? Dobra, rozumiem kierowców i służby drogowe, bo jednym ciężko się jeździ, a drudzy (z wielką niechęcią) muszą wziąć się do pracy. Ale reszta?
Przecież zima to najbardziej estetyczna pora roku. Wszystko przykryte jest białym kobiercem śniegu. Maskuje on niedoskonałości na ziemi. Taki makijaż. Do tego dzieci mają mnóstwo zabawy ze śniegiem. Poza tym, kiedy przychodzi zima, liczba chorych na grypy, anginy i inne świństwa spada radykalnie. Czemu? Bo zarazki zdychają na mrozie i nie ma kto nas zarażać. Do tego, jak idą mrozy, to sami ubieramy się cieplej, więc automatycznie trudniej nam zachorować.
A z drugiej strony, przychodnie lekarskie przeżywają oblężenie wiosną. A, bo przecież tak ciepło, to mogę się już tak grubo nie ubierać. Wystarczy jeden cieplejszy dzień i przeziębienie murowane. Do tego śnieg zaczyna topnieć i:
a) chodniki zamieniają się w bagna, jak żywcem wyjęte z trzeciej bitwy pod Ypres. Po śniegu przejdziesz suchą nogą, a teraz nie licz na to, że będziesz mieć suche spodnie.
b) gołoledź jeszcze gorsza niż przy ciągłych mrozach. Bo za dnia wszystko topnieje, wylewa się na chodniki i ulice, a nocą zamarza. Potłuczone auta oraz kości ogonowe to drobiazgi przy takiej pogodzie. Zazwyczaj kończy się dużo gorzej.
c) znika cała estetyka. Bo jak inaczej to nazwać? Biały kubraczek się topi, a spod niego wyłazi wiosna w postaci psiego gówna, które zima starała się skrzętnie zasłonić. Wiosna kocha psie gówno.
Zatem wiosna skrupulatnie niszczy wszystko, co zima starała się stworzyć przez te kilka miesięcy swojego panowania. A lato... szkoda gadać. Bo o ile wiosna, kiedy raz rozkwitnie, bywa całkiem przyjemna, to lato w ogóle nie wie co to jest piękno.
Zazwyczaj przedstawia się pory roku jako kobiety. Jeśli zima to skrupulatna, piękna dziewczyna, która jest świadoma tego, co dzieje się wokół niej i wie czego chce; jeśli wiosna to dzierlatka, trochę głupiutka, ale mimo wszystko dość ładna; to lato musi być wiejską dziewuchą, o czerwonej twarzy, która uwielbia stylistykę odpustu.
Lato to - spoceni ludzie, śmierdzący w autobusie; śmierdzące nogi; bandy ćwierćmózgich turystów; gówniarzeria na wakacjach i upał, którego nie da się znieść. Najchętniej bym się co roku w czerwcu hibernował i budził się we wrześniu.
A do takich oto estetycznych rozważań nad porami roku skłoniła mnie odwilż, która ostatnio zawitała do naszego pięknego kraju nad Wisłą. Już na chodnikach jest błoto, psie gówno leży wszędzie, a wokół roztacza się ten drażniący zapach topniejącego śniegu. Mam tylko nadzieję, że wiosna nie nadejdzie zbyt szybko, a ja zdążę się jeszcze nacieszyć wspaniałymi zaspami i białym puchem spadającym z nieba.
Samolubna świnia ze mnie? Może. Ale chciałbym jeszcze zaspokoić swoją potrzebę przeżyć estetycznych związanych z tegoroczną zimą.
"Tak więc, estetyka może być pomocna w życiu
Nie należy zaniedbywać nauki o pięknie"
Ale ten cały wstęp o wzniosłych wartościach i innych takich wprowadza nas w sprawę dość błahą. Pory roku w kontekście estetyki.
Większość ludzi kocha wiosnę i lato (ew. złotą polską jesień). Wciąż nie mogę się nadziwić, dlaczego, jak tylko spadnie śnieg, ludzie zaczynają chodzić przygnębieni, przybici. Niektórzy się zachowują tak, jakby ktoś ich oszukał w interesach czy umarł im ktoś z bliskich. Ale czemu? Dobra, rozumiem kierowców i służby drogowe, bo jednym ciężko się jeździ, a drudzy (z wielką niechęcią) muszą wziąć się do pracy. Ale reszta?
Przecież zima to najbardziej estetyczna pora roku. Wszystko przykryte jest białym kobiercem śniegu. Maskuje on niedoskonałości na ziemi. Taki makijaż. Do tego dzieci mają mnóstwo zabawy ze śniegiem. Poza tym, kiedy przychodzi zima, liczba chorych na grypy, anginy i inne świństwa spada radykalnie. Czemu? Bo zarazki zdychają na mrozie i nie ma kto nas zarażać. Do tego, jak idą mrozy, to sami ubieramy się cieplej, więc automatycznie trudniej nam zachorować.
A z drugiej strony, przychodnie lekarskie przeżywają oblężenie wiosną. A, bo przecież tak ciepło, to mogę się już tak grubo nie ubierać. Wystarczy jeden cieplejszy dzień i przeziębienie murowane. Do tego śnieg zaczyna topnieć i:
a) chodniki zamieniają się w bagna, jak żywcem wyjęte z trzeciej bitwy pod Ypres. Po śniegu przejdziesz suchą nogą, a teraz nie licz na to, że będziesz mieć suche spodnie.
b) gołoledź jeszcze gorsza niż przy ciągłych mrozach. Bo za dnia wszystko topnieje, wylewa się na chodniki i ulice, a nocą zamarza. Potłuczone auta oraz kości ogonowe to drobiazgi przy takiej pogodzie. Zazwyczaj kończy się dużo gorzej.
c) znika cała estetyka. Bo jak inaczej to nazwać? Biały kubraczek się topi, a spod niego wyłazi wiosna w postaci psiego gówna, które zima starała się skrzętnie zasłonić. Wiosna kocha psie gówno.
Zatem wiosna skrupulatnie niszczy wszystko, co zima starała się stworzyć przez te kilka miesięcy swojego panowania. A lato... szkoda gadać. Bo o ile wiosna, kiedy raz rozkwitnie, bywa całkiem przyjemna, to lato w ogóle nie wie co to jest piękno.
Zazwyczaj przedstawia się pory roku jako kobiety. Jeśli zima to skrupulatna, piękna dziewczyna, która jest świadoma tego, co dzieje się wokół niej i wie czego chce; jeśli wiosna to dzierlatka, trochę głupiutka, ale mimo wszystko dość ładna; to lato musi być wiejską dziewuchą, o czerwonej twarzy, która uwielbia stylistykę odpustu.
Lato to - spoceni ludzie, śmierdzący w autobusie; śmierdzące nogi; bandy ćwierćmózgich turystów; gówniarzeria na wakacjach i upał, którego nie da się znieść. Najchętniej bym się co roku w czerwcu hibernował i budził się we wrześniu.
A do takich oto estetycznych rozważań nad porami roku skłoniła mnie odwilż, która ostatnio zawitała do naszego pięknego kraju nad Wisłą. Już na chodnikach jest błoto, psie gówno leży wszędzie, a wokół roztacza się ten drażniący zapach topniejącego śniegu. Mam tylko nadzieję, że wiosna nie nadejdzie zbyt szybko, a ja zdążę się jeszcze nacieszyć wspaniałymi zaspami i białym puchem spadającym z nieba.
Samolubna świnia ze mnie? Może. Ale chciałbym jeszcze zaspokoić swoją potrzebę przeżyć estetycznych związanych z tegoroczną zimą.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Cytaty
"Kładę się z powrotem i usiłuje sobie wymyślić stosowne przyzwoite słowo na wyrażenie moich uczuć. Jeszcze się jednak do końca nie obudziłem. Przychodzi mi do głowy tylko 'kurwa'. Ojciec mówi, że myśląc ich kategoriami, poddajemy się wewnętrznie. Może właśnie dlatego mnie mianowali dowódcą drużyny. Może także dlatego mam sraczkę: jestem zbrukany wewnętrznie."
WKJN, s. 20
"Jesteśmy dobrzy w rozwiązywaniu testów, krzyżówek, gramy w brydża, w szachy i inne gry, czytamy bez opamiętania - i już nam się wydaje, że jesteśmy Bóg wie czym. Jak na to spojrzeć obiektywnie to mądre są takie głupki jak Love i Ware. Oni pozostają przy życiu. To się nazywa inteligencja!"
WKJN, s. 30.
"Po rozgrywce karty wracają do mnie. [...] Lewa górna kieszeń bluzy polowej pęka mi w szwach od tych kart, wyglądam jak jakaś jednostronna Mae West. Może kiedyś utkwi mi w tym miejscu kawałek szrapnela i rozdania brydżowe uratują mi życie, tak jak to zwykle czyli Biblia dla pobożnych protestantów. Wolałbym być zbawiony przez dobrą kartę niż przez palec Boży."
WKJN, s. 67-68.
"Przekazuję butelkę Mundy'emu. Mundy rozdaje salami. Każdemu po plasterku, jak przy komunii - hostia z płatków salami. Krew przemieniona w sznapsa."
WKJN, s. 177.
"Matka założył mu turnikiet, używając w tym celu pasa z inskrypcją 'Gott mit uns'. Nawet jeżeli Gott rzeczywiście jest z nimi, to dzisiaj zrobił sobie wolne."
WKJN, s. 203.
"Byłoby dla mnie - dla nas wszystkich - o wiele lepiej, gdybyśmy mogli dać sobie nawzajem pociechę i oparcie, którego tak potrzebujemy, ale młodzi mężczyźni nie potrafią dzielić wielkich emocji. Chyba między innymi dlatego na świecie stale wybuchają wojny."
WKJN, s. 213.
"Fakt, że człowiek musi się od czasu do czasu wysikać, bardzo skutecznie przywraca mu poczucie realizmu."
WKJN, s. 217.
"Pamiętaj chłopcze, że człowiek rozumny zawsze woli stać na uboczu, gdyż świat znacznie lepiej widać, kiedy samemu jest się skrytym w mroku."
PiK, s. 180.
"Człowiek przypomina wiejski dom. [...] Musisz w nim przemieszkać najmniej rok, zanim poznasz, czy dokonałeś dobrego zakupu. Jaki jest latem, a jaki zimą, czy nie przecieka w czasie burzy, czy nie zajmie się natychmiast ogniem, gdy zaprószysz iskrę... I tak dalej, i tak dalej."
PiK, s. 189.
Da się stworzyć post z samych cytatów.
Powyższe pochodzą z W księżycową jasną noc (WKJN) Williama Whartona (tłum.: Jolanta Kozak, Rebis, Poznań 2008) oraz z Płomień i krzyż T1 (PiK) Jacka Piekary (Fabryka Słów, Lublin 2008).
WKJN, s. 20
"Jesteśmy dobrzy w rozwiązywaniu testów, krzyżówek, gramy w brydża, w szachy i inne gry, czytamy bez opamiętania - i już nam się wydaje, że jesteśmy Bóg wie czym. Jak na to spojrzeć obiektywnie to mądre są takie głupki jak Love i Ware. Oni pozostają przy życiu. To się nazywa inteligencja!"
WKJN, s. 30.
"Po rozgrywce karty wracają do mnie. [...] Lewa górna kieszeń bluzy polowej pęka mi w szwach od tych kart, wyglądam jak jakaś jednostronna Mae West. Może kiedyś utkwi mi w tym miejscu kawałek szrapnela i rozdania brydżowe uratują mi życie, tak jak to zwykle czyli Biblia dla pobożnych protestantów. Wolałbym być zbawiony przez dobrą kartę niż przez palec Boży."
WKJN, s. 67-68.
"Przekazuję butelkę Mundy'emu. Mundy rozdaje salami. Każdemu po plasterku, jak przy komunii - hostia z płatków salami. Krew przemieniona w sznapsa."
WKJN, s. 177.
"Matka założył mu turnikiet, używając w tym celu pasa z inskrypcją 'Gott mit uns'. Nawet jeżeli Gott rzeczywiście jest z nimi, to dzisiaj zrobił sobie wolne."
WKJN, s. 203.
"Byłoby dla mnie - dla nas wszystkich - o wiele lepiej, gdybyśmy mogli dać sobie nawzajem pociechę i oparcie, którego tak potrzebujemy, ale młodzi mężczyźni nie potrafią dzielić wielkich emocji. Chyba między innymi dlatego na świecie stale wybuchają wojny."
WKJN, s. 213.
"Fakt, że człowiek musi się od czasu do czasu wysikać, bardzo skutecznie przywraca mu poczucie realizmu."
WKJN, s. 217.
"Pamiętaj chłopcze, że człowiek rozumny zawsze woli stać na uboczu, gdyż świat znacznie lepiej widać, kiedy samemu jest się skrytym w mroku."
PiK, s. 180.
"Człowiek przypomina wiejski dom. [...] Musisz w nim przemieszkać najmniej rok, zanim poznasz, czy dokonałeś dobrego zakupu. Jaki jest latem, a jaki zimą, czy nie przecieka w czasie burzy, czy nie zajmie się natychmiast ogniem, gdy zaprószysz iskrę... I tak dalej, i tak dalej."
PiK, s. 189.
Da się stworzyć post z samych cytatów.
Powyższe pochodzą z W księżycową jasną noc (WKJN) Williama Whartona (tłum.: Jolanta Kozak, Rebis, Poznań 2008) oraz z Płomień i krzyż T1 (PiK) Jacka Piekary (Fabryka Słów, Lublin 2008).
sobota, 10 stycznia 2009
IRONia
Skończyłem W księżycowa jasną noc. Po raz czwarty o ile mnie pamięć nie myli. Dopiero teraz zauważyłem zdanie, które mógłbym włączyć w zbiór życiowych sentencji. Bo pasuje nie tylko do zimy 1944/45, ale też na wszystkie czasy ludzkości.
"Błagam Cię, Boże, daj mi przez to wszystko przebrnąć tak, żebym się za bardzo nie zeszmacił."
Nie ma się co łudzić - czysty i niewinny nikt z nas nie będzie. Wszyscy się ubrudzimy, ulegniemy skażeniu. Ale jakoś też wolałbym być wśród tych, co się za bardzo nie zeszmacili. Zwłaszcza, że ostatnio staje się to dość trudne, a ja lubię wyzwania (tak, tak samo jak Grimlock).
Dopiero w ciągu ostatnich dni zacząłem zauważać wszechogarniającą ironię. Ona atakuje mnie ze wszystkich stron. Nie żebym narzekał - bardzo lubię ironię. Ale jakoś do tej pory nie była ona aż tak wyraźna. Teraz dopiero ją dostrzegam. Może po prostu do niej dorosłem?
Niedawno otworzyli w Sosnowcu Smile Shop (dopalacze i "legalne" narkotyki jakby ktoś nie wiedział). Sklep mieści się w samym centrum miasta, przy tzw. Patelni. Czy tylko przypadkiem, w tej samej bramie, znajduje się centrum medycyny alternatywnej "Klinika duszy i ciała"?
Kupiłem sobie pod choinkę prezent - książkę W księżycową jasną noc. Akcja toczy się w Ardenach zimą 1944/45 w okolicy Bożego Narodzenia. Kupić sobie na Gwiazdkę książkę o Gwiazdce sprzed 64 lat?
Pracuję w barze, ale chodzenie po knajpach jest raczej na końcu mojej listy wypełniania czasu wolnego. Pracuję z ludźmi, chociaż uważam ich (w tym i siebie oczywiście) za najgłupszy gatunek na tej planecie. A mimo wszystko ta praca mi się podoba. Jak to możliwe?
Zadurzam się w dziewczynie, którą dwa razy puściłem kantem i która mieszka 300 kilometrów stąd. Głupie nie?
Ogólnie rzecz biorąc, zupełnie inaczej patrzę na ironię odkąd przeczytałem White'a. Facet trafił z objaśnieniem ironii w samo sedno. Metaforycznie, ale chyba właśnie dlatego tak często posługujemy się metaforami. Są trafniejsze niż zwykłe sformułowania.
"Ironia to deszcz na pikniku meteorologów."
Przy wolnej chwili muszę wrócić do czytania mistrza ironii - Eco. Nie doczytałem do końca drugiego tomu "Zapisków na pudełku od zapałek". Należy te braki nadrobić jak najszybciej.
"Błagam Cię, Boże, daj mi przez to wszystko przebrnąć tak, żebym się za bardzo nie zeszmacił."
Nie ma się co łudzić - czysty i niewinny nikt z nas nie będzie. Wszyscy się ubrudzimy, ulegniemy skażeniu. Ale jakoś też wolałbym być wśród tych, co się za bardzo nie zeszmacili. Zwłaszcza, że ostatnio staje się to dość trudne, a ja lubię wyzwania (tak, tak samo jak Grimlock).
Dopiero w ciągu ostatnich dni zacząłem zauważać wszechogarniającą ironię. Ona atakuje mnie ze wszystkich stron. Nie żebym narzekał - bardzo lubię ironię. Ale jakoś do tej pory nie była ona aż tak wyraźna. Teraz dopiero ją dostrzegam. Może po prostu do niej dorosłem?
Niedawno otworzyli w Sosnowcu Smile Shop (dopalacze i "legalne" narkotyki jakby ktoś nie wiedział). Sklep mieści się w samym centrum miasta, przy tzw. Patelni. Czy tylko przypadkiem, w tej samej bramie, znajduje się centrum medycyny alternatywnej "Klinika duszy i ciała"?
Kupiłem sobie pod choinkę prezent - książkę W księżycową jasną noc. Akcja toczy się w Ardenach zimą 1944/45 w okolicy Bożego Narodzenia. Kupić sobie na Gwiazdkę książkę o Gwiazdce sprzed 64 lat?
Pracuję w barze, ale chodzenie po knajpach jest raczej na końcu mojej listy wypełniania czasu wolnego. Pracuję z ludźmi, chociaż uważam ich (w tym i siebie oczywiście) za najgłupszy gatunek na tej planecie. A mimo wszystko ta praca mi się podoba. Jak to możliwe?
Zadurzam się w dziewczynie, którą dwa razy puściłem kantem i która mieszka 300 kilometrów stąd. Głupie nie?
Ogólnie rzecz biorąc, zupełnie inaczej patrzę na ironię odkąd przeczytałem White'a. Facet trafił z objaśnieniem ironii w samo sedno. Metaforycznie, ale chyba właśnie dlatego tak często posługujemy się metaforami. Są trafniejsze niż zwykłe sformułowania.
"Ironia to deszcz na pikniku meteorologów."
Przy wolnej chwili muszę wrócić do czytania mistrza ironii - Eco. Nie doczytałem do końca drugiego tomu "Zapisków na pudełku od zapałek". Należy te braki nadrobić jak najszybciej.
piątek, 19 grudnia 2008
A midnight clear
Było o muzyce, to będzie jeszcze o książkach. Dukaj już był, ale teraz czas trochę się wywnętrznić.
W kwestii muzyki ciężko mi określić coś ulubionego. Ulubionego wykonawcę, płytę, gatunek muzyczny. Nie potrafię nic takiego wskazać. Ale z literaturą jest inaczej. Dużo inaczej. Wprost potrafię wskazać ulubioną książkę (z ulubionym pisarzem już gorzej).
William Wharton A midnight clear (W księżycową jasną noc)
Trafia do mnie, bo jest w niej wszystko, co jest mi bliskie, czym się interesuję.
II wojna światowa. Pewien amerykański porucznik dostaje rozkaz sformowania plutonu zwiadowczo-rozpoznawczego. Trafia jednak do niego tylko pierwszy człon tej nazwy - inteligence. Zatem bardzo rozgarnięty pan porucznik zaczął grzebać w dokumentach dywizji i wynalazł 24 najinteligentniejszych ludzi w całej jednostce. Średnia IQ plutonu wynosiła ok. 150.
Książka zaczyna się, kiedy z 24 zostaje ich tylko 6. Posłali ich na zwiad w Zagłębiu Saary. Stany straciły 18 przyszłych naukowców, prawników i mężów stanu. Armia zyskała kilka jardów terenu. Oczywiście armia uważa, że zrobiła doskonały interes.
Tych pozostałych sześciu dostaje zadanie - na tydzień zamelinować się w opuszczonym pałacyku i obserwować ruchy wroga. Ardeny, rok 1944, grudzień. Nikomu się już nie chce walczyć, intelektualistom już zupełnie. I nagle dostają przydział do pałacu. Żyć nie umierać.
Głównemu bohaterowi rodzice zrobili dowcip. Nazwisko - Knott. Imię - William. Will Knott - Won't. Wołali tak na niego już od podstawówki. A koledzy z plutonu pokłócili się, czy pisać to z apostrofem czy bez.
Won't ma wieczną sraczkę. Za każdym razem kiedy się zdenerwuje, zje coś na szybko, wypije za dużo kawy, dostaje rewolucji żołądkowej. Często musi prać "ogólnowojskowe gatki w kolorze khaki". Rozumiem go doskonale.
Chłopaki ze zwiadu czytają książki. Żeby szło szybciej mają opracowany system jednocesnego czytania jednej książki w sześciu. Rozdzierają książkę na 6 części. Ten który czyta najszybciej, dostaje pierwszą część. Przekazuje ją po przeczytaniu drugiemu, a sam bierze drugą część. I tak dalej, aż wszyscy przeczytają lekturę. Książki to oczywiście Pożegnanie z bronią oraz Na zachodzie bez zmian.
Do tego grają w wolnych chwilach w brydża. Talia z kartonów po racjach żywnościowych byłaby ogromna i nieporęczna, więc wymyślili inny sposób. Rozpisują rozdania na kartonach, każdy dostaje swoją rękę. Licytacja przebiega normalnie, a potem, kiedy dokładają karty, mówią co kładą i skreślają to z kartonu. Czterech gra, dwóch układa rozdania. Wśród układaczy jest Won't oraz "Matka" Wilkins. Matka układa zawsze takie rozdania, że nikt nie jest w stanie zrobić wylicytowanego kontraktu.
Drużyna ma Matkę i Ojca. Matka zawsze zrzędzi, że reszta do brudasy. Nie myją się, nie sprzątają. Sam zaś jest niejako mentorem dla reszty. 26 lat (gdzie inni mają po 19), żonaty. Faktycznie czasami im matkuje. "Ojciec" Mudny to niedoszły ksiądz. Dba o zdrowie duchowe chłopaków. Zabronił im przeklinać i mówić na Niemców "szkopy". Twierdzi, że muszą być elitą armii.
Miły pobyt w pałacu komplikuje się w chwili, kiedy okazuje się, że nie są w lesie sami. Niedaleko stacjonują Niemcy. I co z tym fantem zrobić? Nie będę zdradzał fabuły, ale jest to niewątpliwie doskonała książka na Boże Narodzenie. "Kit le fuj!"
Jak to Whartona, prawie każde zdanie z osobna nadaje się do cytowania. Facet ma dar trafnych spostrzeżeń. Na koniec jedno o majorze Love, który jest przełożonym plutonu zwiadowczo-rozpoznawczego.
Love w cywilu jest grabarzem. Przez całą wojnę zajmuje się tylko jednym - dostarczaniem pracy kolegom po fachu.
W kwestii muzyki ciężko mi określić coś ulubionego. Ulubionego wykonawcę, płytę, gatunek muzyczny. Nie potrafię nic takiego wskazać. Ale z literaturą jest inaczej. Dużo inaczej. Wprost potrafię wskazać ulubioną książkę (z ulubionym pisarzem już gorzej).
William Wharton A midnight clear (W księżycową jasną noc)
Trafia do mnie, bo jest w niej wszystko, co jest mi bliskie, czym się interesuję.
II wojna światowa. Pewien amerykański porucznik dostaje rozkaz sformowania plutonu zwiadowczo-rozpoznawczego. Trafia jednak do niego tylko pierwszy człon tej nazwy - inteligence. Zatem bardzo rozgarnięty pan porucznik zaczął grzebać w dokumentach dywizji i wynalazł 24 najinteligentniejszych ludzi w całej jednostce. Średnia IQ plutonu wynosiła ok. 150.
Książka zaczyna się, kiedy z 24 zostaje ich tylko 6. Posłali ich na zwiad w Zagłębiu Saary. Stany straciły 18 przyszłych naukowców, prawników i mężów stanu. Armia zyskała kilka jardów terenu. Oczywiście armia uważa, że zrobiła doskonały interes.
Tych pozostałych sześciu dostaje zadanie - na tydzień zamelinować się w opuszczonym pałacyku i obserwować ruchy wroga. Ardeny, rok 1944, grudzień. Nikomu się już nie chce walczyć, intelektualistom już zupełnie. I nagle dostają przydział do pałacu. Żyć nie umierać.
Głównemu bohaterowi rodzice zrobili dowcip. Nazwisko - Knott. Imię - William. Will Knott - Won't. Wołali tak na niego już od podstawówki. A koledzy z plutonu pokłócili się, czy pisać to z apostrofem czy bez.
Won't ma wieczną sraczkę. Za każdym razem kiedy się zdenerwuje, zje coś na szybko, wypije za dużo kawy, dostaje rewolucji żołądkowej. Często musi prać "ogólnowojskowe gatki w kolorze khaki". Rozumiem go doskonale.
Chłopaki ze zwiadu czytają książki. Żeby szło szybciej mają opracowany system jednocesnego czytania jednej książki w sześciu. Rozdzierają książkę na 6 części. Ten który czyta najszybciej, dostaje pierwszą część. Przekazuje ją po przeczytaniu drugiemu, a sam bierze drugą część. I tak dalej, aż wszyscy przeczytają lekturę. Książki to oczywiście Pożegnanie z bronią oraz Na zachodzie bez zmian.
Do tego grają w wolnych chwilach w brydża. Talia z kartonów po racjach żywnościowych byłaby ogromna i nieporęczna, więc wymyślili inny sposób. Rozpisują rozdania na kartonach, każdy dostaje swoją rękę. Licytacja przebiega normalnie, a potem, kiedy dokładają karty, mówią co kładą i skreślają to z kartonu. Czterech gra, dwóch układa rozdania. Wśród układaczy jest Won't oraz "Matka" Wilkins. Matka układa zawsze takie rozdania, że nikt nie jest w stanie zrobić wylicytowanego kontraktu.
Drużyna ma Matkę i Ojca. Matka zawsze zrzędzi, że reszta do brudasy. Nie myją się, nie sprzątają. Sam zaś jest niejako mentorem dla reszty. 26 lat (gdzie inni mają po 19), żonaty. Faktycznie czasami im matkuje. "Ojciec" Mudny to niedoszły ksiądz. Dba o zdrowie duchowe chłopaków. Zabronił im przeklinać i mówić na Niemców "szkopy". Twierdzi, że muszą być elitą armii.
Miły pobyt w pałacu komplikuje się w chwili, kiedy okazuje się, że nie są w lesie sami. Niedaleko stacjonują Niemcy. I co z tym fantem zrobić? Nie będę zdradzał fabuły, ale jest to niewątpliwie doskonała książka na Boże Narodzenie. "Kit le fuj!"
Jak to Whartona, prawie każde zdanie z osobna nadaje się do cytowania. Facet ma dar trafnych spostrzeżeń. Na koniec jedno o majorze Love, który jest przełożonym plutonu zwiadowczo-rozpoznawczego.
Love w cywilu jest grabarzem. Przez całą wojnę zajmuje się tylko jednym - dostarczaniem pracy kolegom po fachu.
piątek, 12 grudnia 2008
90's kid
Jak powszechnie wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość śmierdzi. Będzie to krótka analiza muzyki (i rzeczy wokół niej), która wpłynęła w moim przekonaniu na moje pokolenie.
Dobra, tylko od czego zacząć? Chyba od czegoś, co było przedmiotem rozmyślań i pietyzmu setek tysięcy nastolatek w latach 90-tych. Wiadomo - samobójstwo Kurta Cobaina. (Na marginesie - czy to nie ciekawe, że w latach 90-tych kultura popularna sprowadzała się głównie do grunge'u?). Nirvany nie lubiłem bardzo długo. Polubiłem ich dopiero, jak dowiedziałem się, że Cobain miał straszne problemy z kichami. Przez to zaczął ćpać, to wpłynęło w dużej mierze na jego teksty. Poza tym, jak powszechnie wiadomo, Cobain samobójstwa nie popełnił - ja go zabiłem.
Here we are now! Entertain us!
Zamknijmy grunge i Nirvanę w dwóch teledyskach, które w dzieciństwie śniły mi się po nocach.
Nirvana - Heart shaped box
Soundgarden - Black hole sun
Oba były straszne i oba utkwiły w moich dawnych wspomnieniach z dzieciństwa, kiedy na MTV leciała jeszcze muzyka. Ale ten drugi to moim zdaniem majstersztyk. Sama piosenka jest arcydziełem. Też wciąż czekam na to słońce, które przyjdzie i wszystko pochłonie. Nawet ciężko to wyrazić, ale wystarczy zobaczyć teledysk, żeby zrozumieć o co chodzi.
Czekam wciąż na ostatni dzień i na to co ma nadejść
A to co ma nadejść, nadejdzie jutro we Wrocławiu. Tak, Illusion. Uuu, nie zapomnę min dziewczyn z naszej klasy, kiedy na dyskotece w podstawówce w pewnym momencie zamiast Kelly Family poleciała Vendetta Illusion. My bawiliśmy się świetnie, one trochę gorzej.
Illusion to była kwintesencja dobrej, polskiej muzyki lat 90-tych. Tyle razy słuchałem Illusion 1, że wszystkie teksty znam na pamięć. Zobaczymy co będzie w Breslau. Szkoda tylko, że Nóż mi się tak przejadł. Taka dobra piosenka, a co z nią potrafi zrobić puszczanie przy każdej okazji? Przecież Illusion ma tyle świetnych kawałków, a ludzie się na Nóż uparli.
Jocker is funny...
Zaraz za Illusion szli Acid Drinkers. Trzy płyty pochłonęły mnie w klasach 5-8. Infernal Collection, Fishdick i The State of Mind Report. I właściwie nie ma nic więcej do dodania. Klasyki. Acidzi skończyli się po odejściu Litzy, reszta to popłuczyny. Titus i Litza to była dusza zespołu. Żadne Olassy go nie zastąpią.
... jak tylko kłopoty
No i oczywiście cały Kazelot. Znaczy Ostateczny krach systemu korporacji (6 klasa), 12 groszy (5 klasa), Kazik na żywo (7-8 klasa). Uuu, też się dziewczyny denerwowały jak śpiewało się, że czasem sa upadki i wzloty. To jest już kanon (o ile o kanonie w ogóle można mówić) polskiej muzyki.
A w 8 klasie usłyszałem po raz pierwszy, że można śpiewać po czesku. Najpierw było Ztraceni v Karpatech XIII. Stoleti, a potem Divne stoleti Jaromira Nohavicy. Przyznaję się bez bicia, jak pierwszy raz to usłyszałem, to sie turlałem ze śmiechu na podłodze. Ale przy drugim przesłuchaniu zaczęło robić się ciekawe. I nawet rozumiałem teksty! (w miarę) Ostatecznie posłało mnie to na slawistykę.
Kilka dni temu wymieniłem telefon. Pobawiłem się trochę muzyką na komputerze i zacząłęm ciąć piosenki na dzwonki. Jako główny wybrałem w końcu Black hole sun (aczkolwiek długo zastanawiałem się nad Sunshine of your love). Muszę tłumaczyć dlaczego?
Dobra, tylko od czego zacząć? Chyba od czegoś, co było przedmiotem rozmyślań i pietyzmu setek tysięcy nastolatek w latach 90-tych. Wiadomo - samobójstwo Kurta Cobaina. (Na marginesie - czy to nie ciekawe, że w latach 90-tych kultura popularna sprowadzała się głównie do grunge'u?). Nirvany nie lubiłem bardzo długo. Polubiłem ich dopiero, jak dowiedziałem się, że Cobain miał straszne problemy z kichami. Przez to zaczął ćpać, to wpłynęło w dużej mierze na jego teksty. Poza tym, jak powszechnie wiadomo, Cobain samobójstwa nie popełnił - ja go zabiłem.
Here we are now! Entertain us!
Zamknijmy grunge i Nirvanę w dwóch teledyskach, które w dzieciństwie śniły mi się po nocach.
Nirvana - Heart shaped box
Soundgarden - Black hole sun
Oba były straszne i oba utkwiły w moich dawnych wspomnieniach z dzieciństwa, kiedy na MTV leciała jeszcze muzyka. Ale ten drugi to moim zdaniem majstersztyk. Sama piosenka jest arcydziełem. Też wciąż czekam na to słońce, które przyjdzie i wszystko pochłonie. Nawet ciężko to wyrazić, ale wystarczy zobaczyć teledysk, żeby zrozumieć o co chodzi.
Czekam wciąż na ostatni dzień i na to co ma nadejść
A to co ma nadejść, nadejdzie jutro we Wrocławiu. Tak, Illusion. Uuu, nie zapomnę min dziewczyn z naszej klasy, kiedy na dyskotece w podstawówce w pewnym momencie zamiast Kelly Family poleciała Vendetta Illusion. My bawiliśmy się świetnie, one trochę gorzej.
Illusion to była kwintesencja dobrej, polskiej muzyki lat 90-tych. Tyle razy słuchałem Illusion 1, że wszystkie teksty znam na pamięć. Zobaczymy co będzie w Breslau. Szkoda tylko, że Nóż mi się tak przejadł. Taka dobra piosenka, a co z nią potrafi zrobić puszczanie przy każdej okazji? Przecież Illusion ma tyle świetnych kawałków, a ludzie się na Nóż uparli.
Jocker is funny...
Zaraz za Illusion szli Acid Drinkers. Trzy płyty pochłonęły mnie w klasach 5-8. Infernal Collection, Fishdick i The State of Mind Report. I właściwie nie ma nic więcej do dodania. Klasyki. Acidzi skończyli się po odejściu Litzy, reszta to popłuczyny. Titus i Litza to była dusza zespołu. Żadne Olassy go nie zastąpią.
... jak tylko kłopoty
No i oczywiście cały Kazelot. Znaczy Ostateczny krach systemu korporacji (6 klasa), 12 groszy (5 klasa), Kazik na żywo (7-8 klasa). Uuu, też się dziewczyny denerwowały jak śpiewało się, że czasem sa upadki i wzloty. To jest już kanon (o ile o kanonie w ogóle można mówić) polskiej muzyki.
A w 8 klasie usłyszałem po raz pierwszy, że można śpiewać po czesku. Najpierw było Ztraceni v Karpatech XIII. Stoleti, a potem Divne stoleti Jaromira Nohavicy. Przyznaję się bez bicia, jak pierwszy raz to usłyszałem, to sie turlałem ze śmiechu na podłodze. Ale przy drugim przesłuchaniu zaczęło robić się ciekawe. I nawet rozumiałem teksty! (w miarę) Ostatecznie posłało mnie to na slawistykę.
Kilka dni temu wymieniłem telefon. Pobawiłem się trochę muzyką na komputerze i zacząłęm ciąć piosenki na dzwonki. Jako główny wybrałem w końcu Black hole sun (aczkolwiek długo zastanawiałem się nad Sunshine of your love). Muszę tłumaczyć dlaczego?
czwartek, 11 grudnia 2008
B-man
Kojarzycie film Amelia? Na pewno. Bardzo podoba mi się przedstawianie w nim ludzi przez to, co lubią, a czego nie lubią. Ale to jednak konkretni ludzie. A czy da się jakąś większą grupę określić w ten sposób? Spróbujmy.
Barman lubi:
- jak goście odnoszą butelki i szklanki na bar.
- jak goście wychodzą przed godziną zamknięcia.
- jak goście nie sikają na deskę (o zgrozo! robią to głównie panie!)
- stałych klientów.
A ten konkretnie barman lubi jeszcze kota, który szwęda się cały czas w okolicy jego knajpy.
Barman nie lubi:
- sprzątania zarzyganego kibla.
- 15 zamówień naraz.
- jak się go pogania.
- jak ludzie zamówią nargilę (popularnie zwaną shishą) i czekają przy barze, bo myślą, że to się robi ot tak, jak drinka.
A ten konkretnie barman nie lubi jeszcze małolatów, którzy chcą się wbić na piwo czy co innego.
Wczoraj miałem dwie takie sytuacje. Za pierwszym razem weszło takich czterech. Na pierwszy rzut oka coś było nie tak, bo zamiast jak ludzie usiąść przy stoliku, rozpłaszczyć się i coś zamówić to stali w przejściu i się naradzali. Jak drużyna futbolu amerykańskiego. Po dłuższej chwili dwóch z tych czterech podeszło do baru.
Pierwszy (przepalony marychą czy innym spice'em niczym od lat nie czyszczony komin): Po ile jest duże palenie?
Ja: Słucham? Jakie palenie? Smile Shop jest przy patelni.
Drugi (mniej przepalony, piec nie czyszczony od miesięcy): Ile kosztuje shisha?
Ja: 12 złotych.
Drugi: A jakie są smaki?
Podałem mu grzecznie kartkę, na której jest wypisanych jakieś 30 smaków naszych tytoni do szisz. Temu pierwszemu chyba jeszcze było mało, bo sprawdzał, czy jest coś na drugiej stronie. Ale byłem już pewien, że ci dwaj co nie podeszli do baru są nieletni. A jak byk wisi na drzwiach "WSTĘP OD 18 LAT" (rysunek autorstwa Mietka-Gracza). Drugi podchodzi znowu po dłuższej chwili i mówi, że chce mix owocowy.
Ja: Mhm, oczywiście. Ale jeszcze od wszystkich panów dowody poproszę.
Drugi (wybałuszając oczy): Od wszystkich?!
Ja: Tak. Lokal jest przeznaczony dla osób pełnoletnich. Pełnoletni mogą zostać, a resztę zapraszam po skończeniu 18 lat. (tekst standardowy).
I się zmyli. Tylko potem brat Kudłatego, Adam, rzucił "Uuu, ale ostro".
(Notatka na marginesie - Adama, brata Kudłatego, widziałem wczoraj 2 raz w życiu i drugi raz wyszedł z knajpy pijany jak świnia. No, i tak w sumie lepiej niż ostatnio. Kiedy widziałem Adama pierwszy raz, jeden kolega musiał pomagać mu opuścić lokal, bo brat Kudłatego miał problemy z zachowaniem pozycji wertykalnej. Lubię obserwować ludzi.)
Druga sytuacja była jeszcze bardziej drażniąca, bo związana z tłumem. Odsyłam do Czarnych oceanów Jacka Dukaja, w kwestii niszczycielskich zdolności tłumu.
Wbija mi do lokalu kilkanaście osób. Znam te pyski. Na oko 16-17 lat i chyba juz tu kiedyś byli. Po chwili dociera do mnie, że to te same gówniarze, które zarezerwowały kiedyś stolik na 20 osób. Trzeba wam wiedzieć, że jak w tej knajpie jest 30 osób, to zaczyna się robić tłoczno. Byliśmy więc trochę przerażeni tym tłumem. Ale wszystko załatwiła kontrola dowodów tożsamości. Myślałem, że nie zobaczę ich dopóki nie zaopatrzą się w dowody. A jednak, niektórzy muszą sparzyć się dwa razy, żeby na zimne dmuchał. Jakoś tłumaczyć ich może to, że przyszli z 18letnim Francuzem.
Wchodzą, wpadają za stolik, robi się młyn. Podchodzę, nawet nic nie zdążyłem powiedzieć, jakiś koleś wyskakuje to mnie z dowodem. Ale nie naszym, tylko francuskim właśnie.
Francuz (z akcentem Pascala Brodnickiego): "Jestem Fhancuzem"
Popatrzyłem na dowód, na niego, na laskę, która wyglądała na kogoś kierującego tym całym tałatajstem.
Ja: Ok, great. You can stay, but the rest? Are they 18?
Ja (do laski): Macie państwo dowody?
Laska: No, nie wszyscy mają 18 lat.
Ja: Przepraszam, widzieli państwo kartkę na drzwiach? Lokal jest dla osób pełnoletnich. Kto ma 18 lat może zostać, reszta musi opuścić lokal.
Szmery, szepty, ktoś kopniakiem posłał pufę na jej właściwe miejsce. Wychodzą, zostawiając za sobą smród niedowartościowania i drugiej porażki na tym samym polu.
To całe użeranie się z gówniarzami nawet przyćmiło moje zniesmaczenie z powrotu w nasze gościnne (a jakże) progi młodzieżówki Unii Polityki Realnej. Ci goście ranią moje pozuczie estetyki i działają jak ostrzeżenie. "Nie babraj się w polityce, bo będziesz taki jak oni".
Czyli jednak do czegoś się politycy przydają.
Barman lubi:
- jak goście odnoszą butelki i szklanki na bar.
- jak goście wychodzą przed godziną zamknięcia.
- jak goście nie sikają na deskę (o zgrozo! robią to głównie panie!)
- stałych klientów.
A ten konkretnie barman lubi jeszcze kota, który szwęda się cały czas w okolicy jego knajpy.
Barman nie lubi:
- sprzątania zarzyganego kibla.
- 15 zamówień naraz.
- jak się go pogania.
- jak ludzie zamówią nargilę (popularnie zwaną shishą) i czekają przy barze, bo myślą, że to się robi ot tak, jak drinka.
A ten konkretnie barman nie lubi jeszcze małolatów, którzy chcą się wbić na piwo czy co innego.
Wczoraj miałem dwie takie sytuacje. Za pierwszym razem weszło takich czterech. Na pierwszy rzut oka coś było nie tak, bo zamiast jak ludzie usiąść przy stoliku, rozpłaszczyć się i coś zamówić to stali w przejściu i się naradzali. Jak drużyna futbolu amerykańskiego. Po dłuższej chwili dwóch z tych czterech podeszło do baru.
Pierwszy (przepalony marychą czy innym spice'em niczym od lat nie czyszczony komin): Po ile jest duże palenie?
Ja: Słucham? Jakie palenie? Smile Shop jest przy patelni.
Drugi (mniej przepalony, piec nie czyszczony od miesięcy): Ile kosztuje shisha?
Ja: 12 złotych.
Drugi: A jakie są smaki?
Podałem mu grzecznie kartkę, na której jest wypisanych jakieś 30 smaków naszych tytoni do szisz. Temu pierwszemu chyba jeszcze było mało, bo sprawdzał, czy jest coś na drugiej stronie. Ale byłem już pewien, że ci dwaj co nie podeszli do baru są nieletni. A jak byk wisi na drzwiach "WSTĘP OD 18 LAT" (rysunek autorstwa Mietka-Gracza). Drugi podchodzi znowu po dłuższej chwili i mówi, że chce mix owocowy.
Ja: Mhm, oczywiście. Ale jeszcze od wszystkich panów dowody poproszę.
Drugi (wybałuszając oczy): Od wszystkich?!
Ja: Tak. Lokal jest przeznaczony dla osób pełnoletnich. Pełnoletni mogą zostać, a resztę zapraszam po skończeniu 18 lat. (tekst standardowy).
I się zmyli. Tylko potem brat Kudłatego, Adam, rzucił "Uuu, ale ostro".
(Notatka na marginesie - Adama, brata Kudłatego, widziałem wczoraj 2 raz w życiu i drugi raz wyszedł z knajpy pijany jak świnia. No, i tak w sumie lepiej niż ostatnio. Kiedy widziałem Adama pierwszy raz, jeden kolega musiał pomagać mu opuścić lokal, bo brat Kudłatego miał problemy z zachowaniem pozycji wertykalnej. Lubię obserwować ludzi.)
Druga sytuacja była jeszcze bardziej drażniąca, bo związana z tłumem. Odsyłam do Czarnych oceanów Jacka Dukaja, w kwestii niszczycielskich zdolności tłumu.
Wbija mi do lokalu kilkanaście osób. Znam te pyski. Na oko 16-17 lat i chyba juz tu kiedyś byli. Po chwili dociera do mnie, że to te same gówniarze, które zarezerwowały kiedyś stolik na 20 osób. Trzeba wam wiedzieć, że jak w tej knajpie jest 30 osób, to zaczyna się robić tłoczno. Byliśmy więc trochę przerażeni tym tłumem. Ale wszystko załatwiła kontrola dowodów tożsamości. Myślałem, że nie zobaczę ich dopóki nie zaopatrzą się w dowody. A jednak, niektórzy muszą sparzyć się dwa razy, żeby na zimne dmuchał. Jakoś tłumaczyć ich może to, że przyszli z 18letnim Francuzem.
Wchodzą, wpadają za stolik, robi się młyn. Podchodzę, nawet nic nie zdążyłem powiedzieć, jakiś koleś wyskakuje to mnie z dowodem. Ale nie naszym, tylko francuskim właśnie.
Francuz (z akcentem Pascala Brodnickiego): "Jestem Fhancuzem"
Popatrzyłem na dowód, na niego, na laskę, która wyglądała na kogoś kierującego tym całym tałatajstem.
Ja: Ok, great. You can stay, but the rest? Are they 18?
Ja (do laski): Macie państwo dowody?
Laska: No, nie wszyscy mają 18 lat.
Ja: Przepraszam, widzieli państwo kartkę na drzwiach? Lokal jest dla osób pełnoletnich. Kto ma 18 lat może zostać, reszta musi opuścić lokal.
Szmery, szepty, ktoś kopniakiem posłał pufę na jej właściwe miejsce. Wychodzą, zostawiając za sobą smród niedowartościowania i drugiej porażki na tym samym polu.
To całe użeranie się z gówniarzami nawet przyćmiło moje zniesmaczenie z powrotu w nasze gościnne (a jakże) progi młodzieżówki Unii Polityki Realnej. Ci goście ranią moje pozuczie estetyki i działają jak ostrzeżenie. "Nie babraj się w polityce, bo będziesz taki jak oni".
Czyli jednak do czegoś się politycy przydają.
Subskrybuj:
Posty (Atom)