Kolejna książka pana co pisze brzydkie wiersze.
Jakże miło pana poznać. Od razu widać, że nie jest pan stąd. Jestem Wiesław. Promotor kultury niezależnej. Człowiek owładnięty nowymi trendami. Do jaskrawych koszul noszę pastelowe krawaty w geometryczno-asymetryczne wzory. Lubię Amsterdam, albańskie jeziora i półwytrawne wino. Uwielbiam alternatywny Kraków. A pan, jak widzę, jest jednym z jego przedstawicieli. Czuję, że gdzieś pana widziałem. Czy nie jest pan twórcą prawdziwie niezależnej, szeroko rozumianej kultury krakowskiej? Czy aby nie spotkaliśmy się w czasie któregoś ze slamów? Bywam tam zawsze, jestem ich bardzo pilnym uczestnikiem. A może w którymś z magicznych krakowskich klubów? Albo na jakiejś manifie? Czy zrobił pan coś dla wolnego Tybetu?
(s. 32-33)
Ale tamta znajomość skończyła się tragicznie.
Pan Grzesio bardzo nie lubił tragicznych zakończeń.
Bo nikt przecież nie lubi tragicznych zakończeń.
(s. 52)
Ten typ wręcz ośmielił się skrytykować boga pana Wiesława, czyli zagranicznego myśliciela Žižka, a także niepochlebnie wyrażał się o Derridzie, a za to naprawdę należał się wyrok śmierci.
(s. 69)
A niczego tak doskonale nie potrafił pan Wiesław, jak zepsuć ludziom dobry nastrój. Nic nie przynosiło mu tyle satysfakcji.
Był przecież postmodernistą.
(s. 71)
Mistrz nie umiał pić bez pretekstu.
Myślał sobie zazwyczaj: „Skoro nie umiem pić bez pretekstu, to jeszcze nie jest tak źle.”
Myślał sobie zazwyczaj: „Skoro jeszcze nie jest tak źle, to mogę się napić.”
(s.77)
Mistrz nigdy nie rozumiał celu i sensu toastów, nie znał się na stukaniu kieliszkiem o kieliszek, mistrz nie rozumiał obcych ludzi, którzy wyciągają ku człowiekowi swój kieliszek i stukają tym kieliszkiem w kieliszek człowieczy, przecież w ten sposób można uronić coś z cennego płynu, przecież w ten sposób nie można, to jakieś bezsensowne barbarzyństwo, nie lubił tego (…).
(s. 80)
Mistrz przestał się przyglądać tej historii. Była brzydka i okrutna. Taka jak wszystko.
(s. 101)
Mango mieszał danielsa z colą, co było świętokradztwem i kazirodztwem (…).
(s. 115)
Ludzie koniecznie chcą wiedzieć, kto się kryje pod jakąś postacią literacką. Tak jakby było im to niezbędne do życia. Otóż ostatni raz odpowiadam: pod postaciami literackimi kryją się postaci literackie. Nikt inny.
(s. 211)
Wszystkie cytaty pochodzą z Jedenaście Marcina Świetlickiego.
środa, 21 kwietnia 2010
czwartek, 8 kwietnia 2010
intertext growy
Miało być o Jedenaście, ale nie będzie. Zostało przełożone na potem w celu uniknięcia powtarzania wciąż jednego tematu. Teraz będzie o grach.
Ktoś jakiś czas temu oświecił mnie, że wielkie RTSowe hity Blizzarda są tak naprawdę kopią z bitewniaków z serii Warhammer należącej do Games Workshop. Historia miała wyglądać tak – przychodzi Blizzard do Games Workshopa i mówi, że chce przenieść na komputerowe ekrany największe hity GW, czyli Warhammera oraz Warhammera 40000. GW mówi, żeby się odwalili, bo po co nam gry komputerowe, skoro figurowe bitewniaki sprzedają się jak świeże bułeczki. I co robi Blizzard? Robi sobie własne dwa światy (Warcraft to Warhammer, a Starcraft to Warhammer 40000), dosyć podobne do ich pierwowzorów, ale jednak różne. I na tych zrobionych światach robi ciężką kasę.
Dowody? Moim zdaniem najlepiej widać to na przykładzie drugim, czyli Starcraft w porównaniu z Warhammerem 40k. Otóż, czy terrańscy marines nie są przypadkiem w tych swoich pancerzach łudząco podobni do space marines? Czy Protosi to nie Eldarzy? Czy Zergi to nie Tyranidy?
Dla mnie wszystko poukładało się w dość logiczną całość, a jak się poukładało, to mocno zaskoczyło. Bo okazuje się, że wielkie komputerowe hity, w które sam wiele godzin przegrałem, bazują na pomyśle podpatrzonym (bo jednak nie oficjalnie skradzionym) u kogoś innego. Że są wtórne.
I znów autorstwo się rozmywa i znów mamy intertekstualność. Mistrz Kompucjusz Diuk Nuk miałby kolejny temat do rozmyślań.
Ktoś jakiś czas temu oświecił mnie, że wielkie RTSowe hity Blizzarda są tak naprawdę kopią z bitewniaków z serii Warhammer należącej do Games Workshop. Historia miała wyglądać tak – przychodzi Blizzard do Games Workshopa i mówi, że chce przenieść na komputerowe ekrany największe hity GW, czyli Warhammera oraz Warhammera 40000. GW mówi, żeby się odwalili, bo po co nam gry komputerowe, skoro figurowe bitewniaki sprzedają się jak świeże bułeczki. I co robi Blizzard? Robi sobie własne dwa światy (Warcraft to Warhammer, a Starcraft to Warhammer 40000), dosyć podobne do ich pierwowzorów, ale jednak różne. I na tych zrobionych światach robi ciężką kasę.
Dowody? Moim zdaniem najlepiej widać to na przykładzie drugim, czyli Starcraft w porównaniu z Warhammerem 40k. Otóż, czy terrańscy marines nie są przypadkiem w tych swoich pancerzach łudząco podobni do space marines? Czy Protosi to nie Eldarzy? Czy Zergi to nie Tyranidy?
Dla mnie wszystko poukładało się w dość logiczną całość, a jak się poukładało, to mocno zaskoczyło. Bo okazuje się, że wielkie komputerowe hity, w które sam wiele godzin przegrałem, bazują na pomyśle podpatrzonym (bo jednak nie oficjalnie skradzionym) u kogoś innego. Że są wtórne.
I znów autorstwo się rozmywa i znów mamy intertekstualność. Mistrz Kompucjusz Diuk Nuk miałby kolejny temat do rozmyślań.
niedziela, 28 marca 2010
Trzynaście
Książka takiego pana co pisze brzydkie wiersze.
- Czego się pani napije?
Mistrz lubi to pytanie.
Brzmi mu ono mniej więcej podobnie do pytania „jak żyć?”.
Jest to pytanie klasyczne i ponadczasowe.
(s. 74)
(…) mężczyźni potrafią wszystko zmienić w chlew.
(s. 128)
- A zastanawiam się, czy ludzie poświęcają tyle czasu Panu Bogu, co oglądaniu telewizji? Chyba nie.
- Albo czy poświęcają tyle czasu Panu Bogu, co zarabianiu pieniędzy?
- Chyba nie.
- A piciu wódki?
- Zaraz, zaraz… Z wódką to jest coś zupełnie innego, proszę pana. Jak ja, proszę pana, piję wódkę, to tak, jakbym się modlił… - powiada mistrz.
(s. 152)
(…) o, i poeta Świetlicki z Krakowa tam z nimi siedzi, skąd on się tu wziął, pewnie też po warszawskie pieniądze przyjechał, a odgrażał się, że niby taki niezależny (…).
(s. 170-171).
Wszystkie cytaty pochodzą z Trzynaście Marcina Świetlickiego wydanej w 2007 przez EMG.
- Czego się pani napije?
Mistrz lubi to pytanie.
Brzmi mu ono mniej więcej podobnie do pytania „jak żyć?”.
Jest to pytanie klasyczne i ponadczasowe.
(s. 74)
(…) mężczyźni potrafią wszystko zmienić w chlew.
(s. 128)
- A zastanawiam się, czy ludzie poświęcają tyle czasu Panu Bogu, co oglądaniu telewizji? Chyba nie.
- Albo czy poświęcają tyle czasu Panu Bogu, co zarabianiu pieniędzy?
- Chyba nie.
- A piciu wódki?
- Zaraz, zaraz… Z wódką to jest coś zupełnie innego, proszę pana. Jak ja, proszę pana, piję wódkę, to tak, jakbym się modlił… - powiada mistrz.
(s. 152)
(…) o, i poeta Świetlicki z Krakowa tam z nimi siedzi, skąd on się tu wziął, pewnie też po warszawskie pieniądze przyjechał, a odgrażał się, że niby taki niezależny (…).
(s. 170-171).
Wszystkie cytaty pochodzą z Trzynaście Marcina Świetlickiego wydanej w 2007 przez EMG.
sobota, 23 stycznia 2010
Kino zmarnowanych szans
Miałem dzisiaj w perspektywie jakieś pięć godzin czekania w Katowicach. Wyciągnęli mnie do kina. Sam nawet zaproponowałem Avatara, bo każdy inny film można sobie obejrzeć na DVD, a oglądanie w takiej formie filmu stworzonego dla kin 3D mija się z celem. A teraz muszę wyrzucić z siebie to, co we mnie się zbierało w czasie seansu (i to całkiem długiego, bo ponad 160 minut).
Te wszystkie dowcipy, streszczające Avatara jako Pocahontas to oczywiście prawda. Fabuła filmu jest schematyczna i przewidywalna jak paprykarz szczeciński. Pretekst do tego, żeby Cameron pobawił się efektami specjalnymi. Problem polega jednak na tym, że ten film ma w sobie ogromny potencjał (w sferze fabuły i psychologii głównego bohatera).
Oto żołnierz, który stracił władzę w nogach. To właściwie eliminuje go z jego zawodu. Powinien skończyć jak wielu innych inwalidów wojennych – stoczyć się do rynsztoka i zapić się na śmierć. Ale nie, oto otrzymuje od losu szansę. Jak los na loterii. Może mieć (za darmo) nowe, w pełni funkcjonalne ciało, jeszcze lepsze niż swoje własne. Jak się z tym czuje? Czy w ogóle chce zaczynać drugie życie? Może się boi? Czy cieszy się, że znowu może czuć piasek między palcami stóp?
Nowym ciałem kieruje za pomocą myśli, zamknięty w specjalnej kapsule. Połączenie nerwowe zostaje przerwane, kiedy tylko nowe ciało zaśnie. W takim razie, które ciało jest ciałem ze snu? Które życie jest tym życiem prawdziwym? Cały ten problem nabiera rumieńców, kiedy zaczyna zdobywać zaufanie miejscowych, spółkować z ich samicą, a dni poza niebieskim ciałem zlewają mu się w jedną całość. Które życie jest prawdziwe?
Niestety, żaden z tych problemów nie jest w filmie pokazany. A szkoda, bo poza całą serią efektów specjalnych (faktycznie, pierwsza klasa), byłoby jeszcze coś więcej, niż tylko cieniutka fabuła, która jest tylko pretekstem do pokazania, ile potrafią komputery w studiu Camerona. Film, który dla większości społeczeństwa jest potwierdzeniem, że kino science-fiction opiera się wyłącznie na efektach. Przykre to.
Filmu nie ratuje nawet babcia światowego SFu, czyli Sigourney Weaver w roli szefowej projektu avatarów. A przez pewien czas miałem nadzieję, że może w końcu nasi (czyli wojsko i korporacja) wygrają. O ja głupi naiwny! Przecież dobro zawsze zwyciężą. Nawet hen daleko w przestrzeni kosmicznej i nawet mając łuki i strzały przeciwko pojazdom opancerzonym.
Te wszystkie dowcipy, streszczające Avatara jako Pocahontas to oczywiście prawda. Fabuła filmu jest schematyczna i przewidywalna jak paprykarz szczeciński. Pretekst do tego, żeby Cameron pobawił się efektami specjalnymi. Problem polega jednak na tym, że ten film ma w sobie ogromny potencjał (w sferze fabuły i psychologii głównego bohatera).
Oto żołnierz, który stracił władzę w nogach. To właściwie eliminuje go z jego zawodu. Powinien skończyć jak wielu innych inwalidów wojennych – stoczyć się do rynsztoka i zapić się na śmierć. Ale nie, oto otrzymuje od losu szansę. Jak los na loterii. Może mieć (za darmo) nowe, w pełni funkcjonalne ciało, jeszcze lepsze niż swoje własne. Jak się z tym czuje? Czy w ogóle chce zaczynać drugie życie? Może się boi? Czy cieszy się, że znowu może czuć piasek między palcami stóp?
Nowym ciałem kieruje za pomocą myśli, zamknięty w specjalnej kapsule. Połączenie nerwowe zostaje przerwane, kiedy tylko nowe ciało zaśnie. W takim razie, które ciało jest ciałem ze snu? Które życie jest tym życiem prawdziwym? Cały ten problem nabiera rumieńców, kiedy zaczyna zdobywać zaufanie miejscowych, spółkować z ich samicą, a dni poza niebieskim ciałem zlewają mu się w jedną całość. Które życie jest prawdziwe?
Niestety, żaden z tych problemów nie jest w filmie pokazany. A szkoda, bo poza całą serią efektów specjalnych (faktycznie, pierwsza klasa), byłoby jeszcze coś więcej, niż tylko cieniutka fabuła, która jest tylko pretekstem do pokazania, ile potrafią komputery w studiu Camerona. Film, który dla większości społeczeństwa jest potwierdzeniem, że kino science-fiction opiera się wyłącznie na efektach. Przykre to.
Filmu nie ratuje nawet babcia światowego SFu, czyli Sigourney Weaver w roli szefowej projektu avatarów. A przez pewien czas miałem nadzieję, że może w końcu nasi (czyli wojsko i korporacja) wygrają. O ja głupi naiwny! Przecież dobro zawsze zwyciężą. Nawet hen daleko w przestrzeni kosmicznej i nawet mając łuki i strzały przeciwko pojazdom opancerzonym.
poniedziałek, 4 stycznia 2010
dżej di
Dlaczego Dukaj wielkim pisarzem jest? Ponieważ zachwyca. Co? Jak to nie zachwyca, skoro zachwyca?!
Oj zachwyca, zachwyca. Wiem, że nie wszystkich, ale mnie tak. Z każdą książką bardziej. Jestem w trakcie lektury Lodu, przebrnąłem na razie przez około sto stron (8mm). I po raz kolejny jestem pod dużym wrażeniem sprawności, z jaką Dukaj operuje językiem.
Nie żebym nie widział tego wcześniej. Inne pieśni zostały pięknie utkane z neologizmów, bazujących na języku greckim lub po prostu ze słów żywcem z greki wyjętych. Na koniec niespotykany eksperyment literacki z językiem pozbawionym formy. Czarne oceany to po prostu popis wymyślania nazw dla rzeczy, których nie ma, nie będzie, a pewnie wielu ma problem, żeby je sobie w ogóle wyobrazić. A teraz Lód, w którym jest dużo zapożyczeń z rosyjskiego, ale też nawiązania do dawnych polskich form językowych (aktualnych jeszcze w XIX. wieku), ale też mnóstwo ciekawych gier słownych. Bo w sumie jak nazwać świeczkę, która zamiast światła daje ciemność? Ćmieczka. Jak nazwać świetlny cień rzucany na ścianę przez obiekty w takim ćmietle? Świecień. Jak nazwać metal, wydobywany na Syberii i odporny na niskie temperatury? Zimnazo. Moim skromnym zdaniem bardzo zręczne nazwy.
Trudno mi na razie powiedzieć cokolwiek o całości (no nie dziwota, bo przeczytałem ledwo jedną dziesiątą całości). Za to znów mam to dziwne uczucie, które towarzyszy mi za każdym razem, gdy otwieram nową książkę Dukaja – ciekawskie zagubienie. Od pierwszych stron zostajemy wrzuceni na głęboką wodę. Czytelnikowi nie tłumaczy się nic i od razu musi się on zmierzyć z dziwnymi terminami, określającymi nieistniejące rzeczy. Zawsze jednak potem jest podanych kilka szczątkowych wyjaśnień, ale pełnego wytłumaczenia wymyślonego przez Dukaja świata i rządzących nim zasad, trzeba szukać poza powieścią. Wydaje mi się, że Dukaj zawsze tworzy swoje światy do jakiegoś klucza. W Innych pieśniach była nim filozofia Arystotelesa, w Czarnych oceanach monadologia. A Lód? Na razie nie wiem, ale jest sporo logiki, więc wnioskuję, że nigdy nie poznam tego klucza (bo też logika nigdy moim konikiem nie była). Może to i lepiej, że nie będę znał klucza – zostaną jeszcze jakieś tajemnice do odkrycia w drugim podejściu.
Oj zachwyca, zachwyca. Wiem, że nie wszystkich, ale mnie tak. Z każdą książką bardziej. Jestem w trakcie lektury Lodu, przebrnąłem na razie przez około sto stron (8mm). I po raz kolejny jestem pod dużym wrażeniem sprawności, z jaką Dukaj operuje językiem.
Nie żebym nie widział tego wcześniej. Inne pieśni zostały pięknie utkane z neologizmów, bazujących na języku greckim lub po prostu ze słów żywcem z greki wyjętych. Na koniec niespotykany eksperyment literacki z językiem pozbawionym formy. Czarne oceany to po prostu popis wymyślania nazw dla rzeczy, których nie ma, nie będzie, a pewnie wielu ma problem, żeby je sobie w ogóle wyobrazić. A teraz Lód, w którym jest dużo zapożyczeń z rosyjskiego, ale też nawiązania do dawnych polskich form językowych (aktualnych jeszcze w XIX. wieku), ale też mnóstwo ciekawych gier słownych. Bo w sumie jak nazwać świeczkę, która zamiast światła daje ciemność? Ćmieczka. Jak nazwać świetlny cień rzucany na ścianę przez obiekty w takim ćmietle? Świecień. Jak nazwać metal, wydobywany na Syberii i odporny na niskie temperatury? Zimnazo. Moim skromnym zdaniem bardzo zręczne nazwy.
Trudno mi na razie powiedzieć cokolwiek o całości (no nie dziwota, bo przeczytałem ledwo jedną dziesiątą całości). Za to znów mam to dziwne uczucie, które towarzyszy mi za każdym razem, gdy otwieram nową książkę Dukaja – ciekawskie zagubienie. Od pierwszych stron zostajemy wrzuceni na głęboką wodę. Czytelnikowi nie tłumaczy się nic i od razu musi się on zmierzyć z dziwnymi terminami, określającymi nieistniejące rzeczy. Zawsze jednak potem jest podanych kilka szczątkowych wyjaśnień, ale pełnego wytłumaczenia wymyślonego przez Dukaja świata i rządzących nim zasad, trzeba szukać poza powieścią. Wydaje mi się, że Dukaj zawsze tworzy swoje światy do jakiegoś klucza. W Innych pieśniach była nim filozofia Arystotelesa, w Czarnych oceanach monadologia. A Lód? Na razie nie wiem, ale jest sporo logiki, więc wnioskuję, że nigdy nie poznam tego klucza (bo też logika nigdy moim konikiem nie była). Może to i lepiej, że nie będę znał klucza – zostaną jeszcze jakieś tajemnice do odkrycia w drugim podejściu.
piątek, 18 grudnia 2009
On the other side
Jestem po drugiej stronie. Uświadomiłem sobie to kilka dni temu.
Kiedyś mówiłem, że nie oglądam seriali. Żadnych. Twierdziłem, że lepiej obejrzeć sobie zwykły pełnometrażowy film, niż czekać codziennie na Modę na sukces, M jak miłość, czy inne Klany. Śmiałem się, kiedy ktoś ekscytował się Prison Breakiem, Lostami, czy innym Housem. Teraz jestem jednym z nich. Może nie sikam po nogach na kilka dni przed pojawieniem się nowego odcinka, ale jednak, czekam na niego.
Ewoluowało to bardzo powoli. Najpierw faktycznie nie oglądałem nic – wyłącznie pełnometrażówki. Potem twierdziłem, że jedynym serialem wartej mojej uwagi jest Malcolm in the middle. Dalej twierdzę, że to najlepszy i najbliższy memu sercu serial na świecie, ale nie poprzestałem na nim.
Potem wmawiałem sobie, że kreskówki się nie liczą. I tak obejrzałem wszystkie South Parki, Family Guy’e, Robot Chickeny, Krowy i Kurczaki. Że niby to nie taki prawdziwy serial, pół-prawda.
A w pewnym momencie jednak skapitulowałem. Zaczęło się od IT Crowda, potem nadszedł czas Big Bang Theory (który trwa po dzień dzisiejszy), a po drodze jeszcze Breaking Bad i Blackadder.
Dlaczego zacząłem oglądać seriale, co siłą rzeczy ograniczyło moją moje możliwości oglądania filmów pełnometrażowych? Chyba chodziło o czas. Zaczęło się już w trakcie pisania pracy magisterskiej i mojej pracy w knajpie, kiedy akurat czasem nie dysponowałem w nadmiarze. Seriale dawały (i wciąż dają) możliwość obejrzenia ich w trakcie jedzenia obiadu. W przypadku South Parka nie jest to może zbyt dobry pomysł, bo jedzenie za często ląduje na monitorze, ale takie to już ryzyko.
Ponadto, jak tak teraz o tym myślę, seriale w sumie przekazują dużo więcej informacji. Film ma około dwóch godzin, czyli powiedzmy cztery-pięć odcinków serialu. Serial dostarcza informacje partiami, ale dzięki temu, może jej dostarczyć więcej. Z innej zaś strony patrząc seriale zazwyczaj nie mają rozwiązania akcji. Filmy są w większości zamknięte, seriale natomiast pozostawiają niedomówienia, nie rozstrzygają losów głównych bohaterów. No, ale w tym dochodzimy do takich wynaturzeń jak Moda na sukces. Znów ideałem wydaje się Malcolm, który trwał 7 sezonów, czyli do momentu skończenia szkoły przez głównego bohatera (a na kim myślicie wzorowała się Rowling?).
Seriale to nic strasznego, trzeba tylko znać umiar. Bo jest z nimi jak z Heros of Might & Magic – jest późno, masz już się kłaść spać, ale jeszcze jeden ruch (odcinek). I nagle robi się 4 rano.
A teraz Big Bang Theory co wtorek ustawia mi rytm dnia i czuję się z tym bardzo dobrze.
Kiedyś mówiłem, że nie oglądam seriali. Żadnych. Twierdziłem, że lepiej obejrzeć sobie zwykły pełnometrażowy film, niż czekać codziennie na Modę na sukces, M jak miłość, czy inne Klany. Śmiałem się, kiedy ktoś ekscytował się Prison Breakiem, Lostami, czy innym Housem. Teraz jestem jednym z nich. Może nie sikam po nogach na kilka dni przed pojawieniem się nowego odcinka, ale jednak, czekam na niego.
Ewoluowało to bardzo powoli. Najpierw faktycznie nie oglądałem nic – wyłącznie pełnometrażówki. Potem twierdziłem, że jedynym serialem wartej mojej uwagi jest Malcolm in the middle. Dalej twierdzę, że to najlepszy i najbliższy memu sercu serial na świecie, ale nie poprzestałem na nim.
Potem wmawiałem sobie, że kreskówki się nie liczą. I tak obejrzałem wszystkie South Parki, Family Guy’e, Robot Chickeny, Krowy i Kurczaki. Że niby to nie taki prawdziwy serial, pół-prawda.
A w pewnym momencie jednak skapitulowałem. Zaczęło się od IT Crowda, potem nadszedł czas Big Bang Theory (który trwa po dzień dzisiejszy), a po drodze jeszcze Breaking Bad i Blackadder.
Dlaczego zacząłem oglądać seriale, co siłą rzeczy ograniczyło moją moje możliwości oglądania filmów pełnometrażowych? Chyba chodziło o czas. Zaczęło się już w trakcie pisania pracy magisterskiej i mojej pracy w knajpie, kiedy akurat czasem nie dysponowałem w nadmiarze. Seriale dawały (i wciąż dają) możliwość obejrzenia ich w trakcie jedzenia obiadu. W przypadku South Parka nie jest to może zbyt dobry pomysł, bo jedzenie za często ląduje na monitorze, ale takie to już ryzyko.
Ponadto, jak tak teraz o tym myślę, seriale w sumie przekazują dużo więcej informacji. Film ma około dwóch godzin, czyli powiedzmy cztery-pięć odcinków serialu. Serial dostarcza informacje partiami, ale dzięki temu, może jej dostarczyć więcej. Z innej zaś strony patrząc seriale zazwyczaj nie mają rozwiązania akcji. Filmy są w większości zamknięte, seriale natomiast pozostawiają niedomówienia, nie rozstrzygają losów głównych bohaterów. No, ale w tym dochodzimy do takich wynaturzeń jak Moda na sukces. Znów ideałem wydaje się Malcolm, który trwał 7 sezonów, czyli do momentu skończenia szkoły przez głównego bohatera (a na kim myślicie wzorowała się Rowling?).
Seriale to nic strasznego, trzeba tylko znać umiar. Bo jest z nimi jak z Heros of Might & Magic – jest późno, masz już się kłaść spać, ale jeszcze jeden ruch (odcinek). I nagle robi się 4 rano.
A teraz Big Bang Theory co wtorek ustawia mi rytm dnia i czuję się z tym bardzo dobrze.
wtorek, 18 sierpnia 2009
Srpen
W ciągu miesiąca zdążyłem objechać Karpaty dookoła, wejść na najwyższy szczyt Bałkanów, dotrzeć do polskiej winnicy na styku granic Bułgarii, Grecji i Turcji oraz przekonać się, że polskie drogi wcale nie są takie złe. Ponadto widziałem silosy z majonezem i jeździłem na najlepszych gokartach w życiu (najbardziej podobały mi się half-pipe’y i płonące obręcze).
Plany na drugą połowę wakacji obejmowały między innymi spisanie w cywilizowanej formie notatek nawigatora z operacji „Vihren”. Niestety, ktoś się nie bał i zajebał mi… notatnik. Albo może nie zajebał, tylko podczas mojej eskapady na (sz)kielecczyznę położył gdzieś, gdzie nie mogę go znaleźć. Zatem aktywność intelektualną z konieczności ograniczę (na razie) do czytania książek i oglądania filmów. Poza tym trzeba w końcu pobawić się też w drwala, bo belki na podwórku aż się proszą o potraktowanie ich piłą łańcuchową.
I’m a lumberjack and I’m okay...
Plany na drugą połowę wakacji obejmowały między innymi spisanie w cywilizowanej formie notatek nawigatora z operacji „Vihren”. Niestety, ktoś się nie bał i zajebał mi… notatnik. Albo może nie zajebał, tylko podczas mojej eskapady na (sz)kielecczyznę położył gdzieś, gdzie nie mogę go znaleźć. Zatem aktywność intelektualną z konieczności ograniczę (na razie) do czytania książek i oglądania filmów. Poza tym trzeba w końcu pobawić się też w drwala, bo belki na podwórku aż się proszą o potraktowanie ich piłą łańcuchową.
I’m a lumberjack and I’m okay...
Subskrybuj:
Posty (Atom)