poniedziałek, 12 stycznia 2009

Cytaty

"Kładę się z powrotem i usiłuje sobie wymyślić stosowne przyzwoite słowo na wyrażenie moich uczuć. Jeszcze się jednak do końca nie obudziłem. Przychodzi mi do głowy tylko 'kurwa'. Ojciec mówi, że myśląc ich kategoriami, poddajemy się wewnętrznie. Może właśnie dlatego mnie mianowali dowódcą drużyny. Może także dlatego mam sraczkę: jestem zbrukany wewnętrznie."
WKJN, s. 20

"Jesteśmy dobrzy w rozwiązywaniu testów, krzyżówek, gramy w brydża, w szachy i inne gry, czytamy bez opamiętania - i już nam się wydaje, że jesteśmy Bóg wie czym. Jak na to spojrzeć obiektywnie to mądre są takie głupki jak Love i Ware. Oni pozostają przy życiu. To się nazywa inteligencja!"
WKJN, s. 30.

"Po rozgrywce karty wracają do mnie. [...] Lewa górna kieszeń bluzy polowej pęka mi w szwach od tych kart, wyglądam jak jakaś jednostronna Mae West. Może kiedyś utkwi mi w tym miejscu kawałek szrapnela i rozdania brydżowe uratują mi życie, tak jak to zwykle czyli Biblia dla pobożnych protestantów. Wolałbym być zbawiony przez dobrą kartę niż przez palec Boży."
WKJN, s. 67-68.

"Przekazuję butelkę Mundy'emu. Mundy rozdaje salami. Każdemu po plasterku, jak przy komunii - hostia z płatków salami. Krew przemieniona w sznapsa."
WKJN, s. 177.

"Matka założył mu turnikiet, używając w tym celu pasa z inskrypcją 'Gott mit uns'. Nawet jeżeli Gott rzeczywiście jest z nimi, to dzisiaj zrobił sobie wolne."
WKJN, s. 203.

"Byłoby dla mnie - dla nas wszystkich - o wiele lepiej, gdybyśmy mogli dać sobie nawzajem pociechę i oparcie, którego tak potrzebujemy, ale młodzi mężczyźni nie potrafią dzielić wielkich emocji. Chyba między innymi dlatego na świecie stale wybuchają wojny."
WKJN, s. 213.

"Fakt, że człowiek musi się od czasu do czasu wysikać, bardzo skutecznie przywraca mu poczucie realizmu."
WKJN, s. 217.

"Pamiętaj chłopcze, że człowiek rozumny zawsze woli stać na uboczu, gdyż świat znacznie lepiej widać, kiedy samemu jest się skrytym w mroku."
PiK, s. 180.

"Człowiek przypomina wiejski dom. [...] Musisz w nim przemieszkać najmniej rok, zanim poznasz, czy dokonałeś dobrego zakupu. Jaki jest latem, a jaki zimą, czy nie przecieka w czasie burzy, czy nie zajmie się natychmiast ogniem, gdy zaprószysz iskrę... I tak dalej, i tak dalej."
PiK, s. 189.

Da się stworzyć post z samych cytatów.
Powyższe pochodzą z W księżycową jasną noc (WKJN) Williama Whartona (tłum.: Jolanta Kozak, Rebis, Poznań 2008) oraz z Płomień i krzyż T1 (PiK) Jacka Piekary (Fabryka Słów, Lublin 2008).

sobota, 10 stycznia 2009

IRONia

Skończyłem W księżycowa jasną noc. Po raz czwarty o ile mnie pamięć nie myli. Dopiero teraz zauważyłem zdanie, które mógłbym włączyć w zbiór życiowych sentencji. Bo pasuje nie tylko do zimy 1944/45, ale też na wszystkie czasy ludzkości.

"Błagam Cię, Boże, daj mi przez to wszystko przebrnąć tak, żebym się za bardzo nie zeszmacił."

Nie ma się co łudzić - czysty i niewinny nikt z nas nie będzie. Wszyscy się ubrudzimy, ulegniemy skażeniu. Ale jakoś też wolałbym być wśród tych, co się za bardzo nie zeszmacili. Zwłaszcza, że ostatnio staje się to dość trudne, a ja lubię wyzwania (tak, tak samo jak Grimlock).

Dopiero w ciągu ostatnich dni zacząłem zauważać wszechogarniającą ironię. Ona atakuje mnie ze wszystkich stron. Nie żebym narzekał - bardzo lubię ironię. Ale jakoś do tej pory nie była ona aż tak wyraźna. Teraz dopiero ją dostrzegam. Może po prostu do niej dorosłem?
Niedawno otworzyli w Sosnowcu Smile Shop (dopalacze i "legalne" narkotyki jakby ktoś nie wiedział). Sklep mieści się w samym centrum miasta, przy tzw. Patelni. Czy tylko przypadkiem, w tej samej bramie, znajduje się centrum medycyny alternatywnej "Klinika duszy i ciała"?
Kupiłem sobie pod choinkę prezent - książkę W księżycową jasną noc. Akcja toczy się w Ardenach zimą 1944/45 w okolicy Bożego Narodzenia. Kupić sobie na Gwiazdkę książkę o Gwiazdce sprzed 64 lat?
Pracuję w barze, ale chodzenie po knajpach jest raczej na końcu mojej listy wypełniania czasu wolnego. Pracuję z ludźmi, chociaż uważam ich (w tym i siebie oczywiście) za najgłupszy gatunek na tej planecie. A mimo wszystko ta praca mi się podoba. Jak to możliwe?
Zadurzam się w dziewczynie, którą dwa razy puściłem kantem i która mieszka 300 kilometrów stąd. Głupie nie?
Ogólnie rzecz biorąc, zupełnie inaczej patrzę na ironię odkąd przeczytałem White'a. Facet trafił z objaśnieniem ironii w samo sedno. Metaforycznie, ale chyba właśnie dlatego tak często posługujemy się metaforami. Są trafniejsze niż zwykłe sformułowania.

"Ironia to deszcz na pikniku meteorologów."

Przy wolnej chwili muszę wrócić do czytania mistrza ironii - Eco. Nie doczytałem do końca drugiego tomu "Zapisków na pudełku od zapałek". Należy te braki nadrobić jak najszybciej.

piątek, 19 grudnia 2008

A midnight clear

Było o muzyce, to będzie jeszcze o książkach. Dukaj już był, ale teraz czas trochę się wywnętrznić.
W kwestii muzyki ciężko mi określić coś ulubionego. Ulubionego wykonawcę, płytę, gatunek muzyczny. Nie potrafię nic takiego wskazać. Ale z literaturą jest inaczej. Dużo inaczej. Wprost potrafię wskazać ulubioną książkę (z ulubionym pisarzem już gorzej).

William Wharton A midnight clear (W księżycową jasną noc)

Trafia do mnie, bo jest w niej wszystko, co jest mi bliskie, czym się interesuję.
II wojna światowa. Pewien amerykański porucznik dostaje rozkaz sformowania plutonu zwiadowczo-rozpoznawczego. Trafia jednak do niego tylko pierwszy człon tej nazwy - inteligence. Zatem bardzo rozgarnięty pan porucznik zaczął grzebać w dokumentach dywizji i wynalazł 24 najinteligentniejszych ludzi w całej jednostce. Średnia IQ plutonu wynosiła ok. 150.
Książka zaczyna się, kiedy z 24 zostaje ich tylko 6. Posłali ich na zwiad w Zagłębiu Saary. Stany straciły 18 przyszłych naukowców, prawników i mężów stanu. Armia zyskała kilka jardów terenu. Oczywiście armia uważa, że zrobiła doskonały interes.
Tych pozostałych sześciu dostaje zadanie - na tydzień zamelinować się w opuszczonym pałacyku i obserwować ruchy wroga. Ardeny, rok 1944, grudzień. Nikomu się już nie chce walczyć, intelektualistom już zupełnie. I nagle dostają przydział do pałacu. Żyć nie umierać.
Głównemu bohaterowi rodzice zrobili dowcip. Nazwisko - Knott. Imię - William. Will Knott - Won't. Wołali tak na niego już od podstawówki. A koledzy z plutonu pokłócili się, czy pisać to z apostrofem czy bez.
Won't ma wieczną sraczkę. Za każdym razem kiedy się zdenerwuje, zje coś na szybko, wypije za dużo kawy, dostaje rewolucji żołądkowej. Często musi prać "ogólnowojskowe gatki w kolorze khaki". Rozumiem go doskonale.
Chłopaki ze zwiadu czytają książki. Żeby szło szybciej mają opracowany system jednocesnego czytania jednej książki w sześciu. Rozdzierają książkę na 6 części. Ten który czyta najszybciej, dostaje pierwszą część. Przekazuje ją po przeczytaniu drugiemu, a sam bierze drugą część. I tak dalej, aż wszyscy przeczytają lekturę. Książki to oczywiście Pożegnanie z bronią oraz Na zachodzie bez zmian.
Do tego grają w wolnych chwilach w brydża. Talia z kartonów po racjach żywnościowych byłaby ogromna i nieporęczna, więc wymyślili inny sposób. Rozpisują rozdania na kartonach, każdy dostaje swoją rękę. Licytacja przebiega normalnie, a potem, kiedy dokładają karty, mówią co kładą i skreślają to z kartonu. Czterech gra, dwóch układa rozdania. Wśród układaczy jest Won't oraz "Matka" Wilkins. Matka układa zawsze takie rozdania, że nikt nie jest w stanie zrobić wylicytowanego kontraktu.
Drużyna ma Matkę i Ojca. Matka zawsze zrzędzi, że reszta do brudasy. Nie myją się, nie sprzątają. Sam zaś jest niejako mentorem dla reszty. 26 lat (gdzie inni mają po 19), żonaty. Faktycznie czasami im matkuje. "Ojciec" Mudny to niedoszły ksiądz. Dba o zdrowie duchowe chłopaków. Zabronił im przeklinać i mówić na Niemców "szkopy". Twierdzi, że muszą być elitą armii.
Miły pobyt w pałacu komplikuje się w chwili, kiedy okazuje się, że nie są w lesie sami. Niedaleko stacjonują Niemcy. I co z tym fantem zrobić? Nie będę zdradzał fabuły, ale jest to niewątpliwie doskonała książka na Boże Narodzenie. "Kit le fuj!"
Jak to Whartona, prawie każde zdanie z osobna nadaje się do cytowania. Facet ma dar trafnych spostrzeżeń. Na koniec jedno o majorze Love, który jest przełożonym plutonu zwiadowczo-rozpoznawczego.
Love w cywilu jest grabarzem. Przez całą wojnę zajmuje się tylko jednym - dostarczaniem pracy kolegom po fachu.

piątek, 12 grudnia 2008

90's kid

Jak powszechnie wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość śmierdzi. Będzie to krótka analiza muzyki (i rzeczy wokół niej), która wpłynęła w moim przekonaniu na moje pokolenie.

Dobra, tylko od czego zacząć? Chyba od czegoś, co było przedmiotem rozmyślań i pietyzmu setek tysięcy nastolatek w latach 90-tych. Wiadomo - samobójstwo Kurta Cobaina. (Na marginesie - czy to nie ciekawe, że w latach 90-tych kultura popularna sprowadzała się głównie do grunge'u?). Nirvany nie lubiłem bardzo długo. Polubiłem ich dopiero, jak dowiedziałem się, że Cobain miał straszne problemy z kichami. Przez to zaczął ćpać, to wpłynęło w dużej mierze na jego teksty. Poza tym, jak powszechnie wiadomo, Cobain samobójstwa nie popełnił - ja go zabiłem.

Here we are now! Entertain us!

Zamknijmy grunge i Nirvanę w dwóch teledyskach, które w dzieciństwie śniły mi się po nocach.
Nirvana - Heart shaped box
Soundgarden - Black hole sun
Oba były straszne i oba utkwiły w moich dawnych wspomnieniach z dzieciństwa, kiedy na MTV leciała jeszcze muzyka. Ale ten drugi to moim zdaniem majstersztyk. Sama piosenka jest arcydziełem. Też wciąż czekam na to słońce, które przyjdzie i wszystko pochłonie. Nawet ciężko to wyrazić, ale wystarczy zobaczyć teledysk, żeby zrozumieć o co chodzi.

Czekam wciąż na ostatni dzień i na to co ma nadejść

A to co ma nadejść, nadejdzie jutro we Wrocławiu. Tak, Illusion. Uuu, nie zapomnę min dziewczyn z naszej klasy, kiedy na dyskotece w podstawówce w pewnym momencie zamiast Kelly Family poleciała Vendetta Illusion. My bawiliśmy się świetnie, one trochę gorzej.
Illusion to była kwintesencja dobrej, polskiej muzyki lat 90-tych. Tyle razy słuchałem Illusion 1, że wszystkie teksty znam na pamięć. Zobaczymy co będzie w Breslau. Szkoda tylko, że Nóż mi się tak przejadł. Taka dobra piosenka, a co z nią potrafi zrobić puszczanie przy każdej okazji? Przecież Illusion ma tyle świetnych kawałków, a ludzie się na Nóż uparli.

Jocker is funny...

Zaraz za Illusion szli Acid Drinkers. Trzy płyty pochłonęły mnie w klasach 5-8. Infernal Collection, Fishdick i The State of Mind Report. I właściwie nie ma nic więcej do dodania. Klasyki. Acidzi skończyli się po odejściu Litzy, reszta to popłuczyny. Titus i Litza to była dusza zespołu. Żadne Olassy go nie zastąpią.

... jak tylko kłopoty

No i oczywiście cały Kazelot. Znaczy Ostateczny krach systemu korporacji (6 klasa), 12 groszy (5 klasa), Kazik na żywo (7-8 klasa). Uuu, też się dziewczyny denerwowały jak śpiewało się, że czasem sa upadki i wzloty. To jest już kanon (o ile o kanonie w ogóle można mówić) polskiej muzyki.

A w 8 klasie usłyszałem po raz pierwszy, że można śpiewać po czesku. Najpierw było Ztraceni v Karpatech XIII. Stoleti, a potem Divne stoleti Jaromira Nohavicy. Przyznaję się bez bicia, jak pierwszy raz to usłyszałem, to sie turlałem ze śmiechu na podłodze. Ale przy drugim przesłuchaniu zaczęło robić się ciekawe. I nawet rozumiałem teksty! (w miarę) Ostatecznie posłało mnie to na slawistykę.

Kilka dni temu wymieniłem telefon. Pobawiłem się trochę muzyką na komputerze i zacząłęm ciąć piosenki na dzwonki. Jako główny wybrałem w końcu Black hole sun (aczkolwiek długo zastanawiałem się nad Sunshine of your love). Muszę tłumaczyć dlaczego?

czwartek, 11 grudnia 2008

B-man

Kojarzycie film Amelia? Na pewno. Bardzo podoba mi się przedstawianie w nim ludzi przez to, co lubią, a czego nie lubią. Ale to jednak konkretni ludzie. A czy da się jakąś większą grupę określić w ten sposób? Spróbujmy.

Barman lubi:
- jak goście odnoszą butelki i szklanki na bar.
- jak goście wychodzą przed godziną zamknięcia.
- jak goście nie sikają na deskę (o zgrozo! robią to głównie panie!)
- stałych klientów.
A ten konkretnie barman lubi jeszcze kota, który szwęda się cały czas w okolicy jego knajpy.

Barman nie lubi:
- sprzątania zarzyganego kibla.
- 15 zamówień naraz.
- jak się go pogania.
- jak ludzie zamówią nargilę (popularnie zwaną shishą) i czekają przy barze, bo myślą, że to się robi ot tak, jak drinka.
A ten konkretnie barman nie lubi jeszcze małolatów, którzy chcą się wbić na piwo czy co innego.

Wczoraj miałem dwie takie sytuacje. Za pierwszym razem weszło takich czterech. Na pierwszy rzut oka coś było nie tak, bo zamiast jak ludzie usiąść przy stoliku, rozpłaszczyć się i coś zamówić to stali w przejściu i się naradzali. Jak drużyna futbolu amerykańskiego. Po dłuższej chwili dwóch z tych czterech podeszło do baru.
Pierwszy (przepalony marychą czy innym spice'em niczym od lat nie czyszczony komin): Po ile jest duże palenie?
Ja: Słucham? Jakie palenie? Smile Shop jest przy patelni.
Drugi (mniej przepalony, piec nie czyszczony od miesięcy): Ile kosztuje shisha?
Ja: 12 złotych.
Drugi: A jakie są smaki?
Podałem mu grzecznie kartkę, na której jest wypisanych jakieś 30 smaków naszych tytoni do szisz. Temu pierwszemu chyba jeszcze było mało, bo sprawdzał, czy jest coś na drugiej stronie. Ale byłem już pewien, że ci dwaj co nie podeszli do baru są nieletni. A jak byk wisi na drzwiach "WSTĘP OD 18 LAT" (rysunek autorstwa Mietka-Gracza). Drugi podchodzi znowu po dłuższej chwili i mówi, że chce mix owocowy.
Ja: Mhm, oczywiście. Ale jeszcze od wszystkich panów dowody poproszę.
Drugi (wybałuszając oczy): Od wszystkich?!
Ja: Tak. Lokal jest przeznaczony dla osób pełnoletnich. Pełnoletni mogą zostać, a resztę zapraszam po skończeniu 18 lat. (tekst standardowy).
I się zmyli. Tylko potem brat Kudłatego, Adam, rzucił "Uuu, ale ostro".

(Notatka na marginesie - Adama, brata Kudłatego, widziałem wczoraj 2 raz w życiu i drugi raz wyszedł z knajpy pijany jak świnia. No, i tak w sumie lepiej niż ostatnio. Kiedy widziałem Adama pierwszy raz, jeden kolega musiał pomagać mu opuścić lokal, bo brat Kudłatego miał problemy z zachowaniem pozycji wertykalnej. Lubię obserwować ludzi.)

Druga sytuacja była jeszcze bardziej drażniąca, bo związana z tłumem. Odsyłam do Czarnych oceanów Jacka Dukaja, w kwestii niszczycielskich zdolności tłumu.
Wbija mi do lokalu kilkanaście osób. Znam te pyski. Na oko 16-17 lat i chyba juz tu kiedyś byli. Po chwili dociera do mnie, że to te same gówniarze, które zarezerwowały kiedyś stolik na 20 osób. Trzeba wam wiedzieć, że jak w tej knajpie jest 30 osób, to zaczyna się robić tłoczno. Byliśmy więc trochę przerażeni tym tłumem. Ale wszystko załatwiła kontrola dowodów tożsamości. Myślałem, że nie zobaczę ich dopóki nie zaopatrzą się w dowody. A jednak, niektórzy muszą sparzyć się dwa razy, żeby na zimne dmuchał. Jakoś tłumaczyć ich może to, że przyszli z 18letnim Francuzem.
Wchodzą, wpadają za stolik, robi się młyn. Podchodzę, nawet nic nie zdążyłem powiedzieć, jakiś koleś wyskakuje to mnie z dowodem. Ale nie naszym, tylko francuskim właśnie.
Francuz (z akcentem Pascala Brodnickiego): "Jestem Fhancuzem"
Popatrzyłem na dowód, na niego, na laskę, która wyglądała na kogoś kierującego tym całym tałatajstem.
Ja: Ok, great. You can stay, but the rest? Are they 18?
Ja (do laski): Macie państwo dowody?
Laska: No, nie wszyscy mają 18 lat.
Ja: Przepraszam, widzieli państwo kartkę na drzwiach? Lokal jest dla osób pełnoletnich. Kto ma 18 lat może zostać, reszta musi opuścić lokal.
Szmery, szepty, ktoś kopniakiem posłał pufę na jej właściwe miejsce. Wychodzą, zostawiając za sobą smród niedowartościowania i drugiej porażki na tym samym polu.
To całe użeranie się z gówniarzami nawet przyćmiło moje zniesmaczenie z powrotu w nasze gościnne (a jakże) progi młodzieżówki Unii Polityki Realnej. Ci goście ranią moje pozuczie estetyki i działają jak ostrzeżenie. "Nie babraj się w polityce, bo będziesz taki jak oni".
Czyli jednak do czegoś się politycy przydają.

czwartek, 27 listopada 2008

There's a lot of sick people in this town

Zaczyna się. Zaczynam się powoli czuć jak bohater piosenek Waitsa. Przychodzą do mnie życiowi wykolejeńcy, nie tylko żeby się napić, ale głównie, żeby mieć do kogo gębę otworzyć. Chociaż nie tylko. Ale różne ludzie się mi przed barem przewijają.
Zaczęło się od dziadka w tramwaju. tak, to nie knajpa, ale dziadek mnie urzekł swoją, okłamującą samego siebie postawą. Dziadek (na oko bezdomny) siedział w tramwaju, który właśnie dojeżdżał do pętli. W pewnym momencie wyciągnął z torby butelkę Starogardzkiej i pociągnął z niej porządnie. Po dłuższej chwili pyta mnie, czy to teraz będzie Dańdówka. Ja mu mówię spokojnie, że Dańdówkę już przegapił, ale tramwaj zaraz zawraca na pętli, więc sobie wróci. On na to (ni z gruchy ni z pietruchy): "Pan oczywiście wie, że nie piję". Popatrzyłem na niego (w moim mniemaniu) badawczo i rzuciłem sarkastycznie: "A w tej butelce po Starogardzkiej to pewnie woda była, nie?". Zaczerwienił się i odwrócił.
Następny był przedstawiciel handlowy Kompanii Piwowarskiej. Przyjechał, jak to ma w zwyczaju, raz na miesiąc, zoostawić jakieś materiały promocyjne i spytać, czy wszystko mamy. Ale jak usłyszał z głośników When a blindman cries to zaczęło się. "O, nigdy wcześniej nie słyszałem tutaj Parpli". Następne pół godziny przegadaliśmy o Deep Purple, Black Sabbath, Satrianim i różnych muzycznych perełkach. Ale za Chiny Ludowe nie mam pojęcia jak się koleś nazywa (podpis nieczytelny). Może dlatego spotkanie dwóch muzycznych fanatyków było takie niezwykłe.
A teraz gwóźdź programu - deszczowy pies Adam Polski (pseudonim artystyczny). Przyszedł do mnie przedwczoraj, niedługo przed zamknięciem. Nalana twarz, wielki czerwony nos, biało-czerwona narciarska kurtka, a na ramieniu torba. Jakieś takie groteskowe skrzyżowanie św. Mikołaja (komercyjnego) z Rudolfem, czerwononosym reniferem. Bardzo mu się spodobało, kiedy powiedziałem, że każdy jest poetą, to tylko kwestia okoliczności. Zaczęliśmy gadać. Okazało się, że jest poetą. Wydał nawet jeden tomik własnym sumptem. Człowiek, który założył pierwszą w Polsce firmę windykacyjną (bujda na resorach) i który zastrzelił Miłosza (metaforycznie). Potem wyszło, że jest alkoholikiem. Cóż, wyszło dopiero, jak był w połowie drugiego piwa. Aczkolwiek stwierdził, że czasem pijak jest trzeźwiejszy od niejednego abstynenta. Za to jedno jego zdanie bardzo mi się spodobało. "Kobietę należy zawsze poznawać, rozpoczynając od stóp. Dlaczego? Żeby niczego nie przegapić." Chociaż, jak się teraz zastanawiam, to chyba nie jego (mimo, że przytoczył je podczas naszego spotkania), ale i tak dobre.
To był prawdziwy deszczowy pies. Alkoholik, poeta liryczny, biedny, utrzymujący się ze sprzedaży wkładek do butów. Nawet dostałem jedną parę. Stwierdził, że św. Mikołaj w tym roku się pospieszył. Każde zdanie zaczynał od "Wie pan co, ..."
Reszta przy Adamie Polskim to cieniasy. Chociaż Mariusz to był ciekawy jegomość.
Przyszedł wczoraj, powiedział, że tylko na chwilę. W końcu usiadł przy barze i zamówił setkę. Pociągła twarz, gładko ogolony, wiecznie błądzący wzrok. Każde zdanie zaczynał od 'Tak myślisz..." albo "A wiesz...". W toku rozmowy wyszło, że przyszedł tu tylko po to, żeby z kims pogadać, bo ostatnio nie za bardzo ma z kim. Gównierze od sąsiadów otruli mu psa. Mariusz jest chyba paranoikiem, czy może nawet schizofrenikiem. Twierdzi, że Niemcy chcą rządzić światem. On nie chce mieć z nimi nic do czynienia, on Niemcowi ręki nie poda. Potem wyszło, że gdyby miał dostęp do dobrego "koksu", to cały czas by chodził nagrzany. Kobiety by nigdy nie zgwałcił, ale zlać, owszem, bez problemu.
A wisienką na torcie było wczorajsze zebranie młodzieżówki UPR w Operze. Jak tak na nich patrzyłem, to widziałem tylko jakiś dziwnych kalkulatorków, nerdów, kujonów, ludzi, dla których idealne wymiary kobiety to 1024x768. Kolesia, który (jak się okazało później) był szefem tego zgromadzenia, pytałem o dowód. Rocznik '88. Czyli ma 20 lat, a dalej wygląda jak chłopczyk z liceum, który 25 godzin na dobę siedzi w książkach i przy komputerze. Ale trzeba było zobaczyć, jak takie kalkulatorki się kłócą. Ktoś tam był z zewnątrz, spoza UPR. Skrytykował raz program, to mało kalkulatorki nie wydrapały mu oczu i nie przetrąciły karku laptopami. A jak się poteem dowiedziałem, ten ich szef, któremu sprawdzałem dowód, jak się spije, to chodzi po ulicy szukając pretekstu do bitki i śpiewa "urodzony biaaaaaaałym!" podnosząc rękę w geście pozdrowienia (rzymskiego oczywiście).
Mam co chciałem - życiowych wykolejeńców, czy po prostu nietuzinkowych ludzi przychodzących do mojej knajpy. Mam nadzieję tylko, że zostanie na takkim poziomie, a nie zejdzie jeszcze niżej.

czwartek, 13 listopada 2008

Walcz narzędziami

Nie myślałem, że biali potrafią zrobić dobry hip-hop. Do tej pory znałem tylko jednego. Nie, to nie Eminem. Bo wierzę, że biały hip-hop jest inny od czarnego. Nie gorszy, nie lepszy, a po prostu inny. Tyle, że do tej pory tylko Everlast potrafił robić biały hip-hop. Eminem cały czas udawał Murzyna, co może i dało mu mnóstwo kasy, ale na pewno nie zyskał w moich oczach. Everlast natomiast nie próbował nigdy przekonywać innych, że ma inny kolor skóry. Wystarczy nawet spojrzeć na jego inne pseudonimy - Mr. White, Whitey Ford.
A teraz usłyszałem coś, co również mogę zakwalifikować jako biały hip-hop. Dobry biały hip-hop. Zespół Flobots nagrał niedawno płytę Fight with tools. Jak dla mnie cudo i odkrycie roku. Przynajmniej pod względem muzycznym, bo z tekstami często się nie zgadzam.
Najbardziej zaimponowało mi instrumentarium użyte na płycie. Skrzypce, perkusje, gitary elektryczne, gitary klasyczne, trąbki, całe sekcje dęte. Znajdźcie mi kogoś, kto używa tylu instrumentów. I to nie sampli. Nie zapętlonych, dziesięciosekundowych kawałków dłuższych melodii. To jest prawdziwa muzyka! Całe melodie wygrywane na skrzypcach doskonale zgrywają się z melorecytowanymi tekstami. Nadają im tę śpiewność, której hip-hopowi często brakuje. Ostre, gitarowe riffy podkreślają co bardziej agresywne fragmenty. Trąbki wplatają się między skrzypce, żeby jeszcze dodać melodyjności. A na skrzypcach często się gra palcami, a nie smyczkiem.
Cuda się tam dzieją. Ciężko jest pisać o muzyce. Muzykę trzeba usłyszeć. Ale jeśli cokolwiek można powiedzieć o Fight with tools to dawno nie słyszałem nic tak odkrywczego. Żaden album hip-hopowy od czasu Ghost Doga nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Nie słyszałem jeszcze nic tak mieszającego ze sobą tyle różnych instrumentów, ale nie robiąc z tego grochu z kapustą. Tutaj wszystko współgra, tworzy rytm, melodię, piosenki.
Ale szczęśliwi ci, którzy nie rozumieją tekstów. No, dobra, bez przesady. Przecież takie teksty by nie powstały, gdyby nie było na nie zapotrzebowania i gdyby nie było ludzi, którzy chcą ich słuchać. Jakie są te teksty? Jak dla mnie zbyt alternatywne i zbyt lewicowe.
O legalizacji trawy, o zamykaniu Guantanamo, o zabójstwach zleconych przez rząd. Chociaż, niektóre rzeczy są ciekawe. Jak na przykład:

Stand up! We shall not be moved!
Except by a child with no socks and shoes...

Co by nie mówić, takie rzeczy chyba zawsze pozostaną na czasie. Ale całe to obalanie Babilonu, walka z korporacjami i anarchia to już mi się przejadły. Chociaż z drugiej strony miło przekonać się, że są jednak na tym świecie jeszcze ludzie świadomi tego, co się dzieje wokół nich. Ich to interesuje, ich to zajmuje, oni interesują się ludzkością.
Natomiast jedna z piosenek, to prawdziwy majstersztyk. Tak doskonale portretujący ludzkość w kilku wersach jak potrafi tylko prawdziwy poeta. (Zawsze mi się wydawało, że dobry rap czy hip-hop to inny rodzaj poezji śpiewanej.) Piosenka, o której piszę, była przez jakiś czas puszczana w Trójce. Handlebars.
Wszystko utrzymane w konwencji liryki bezpośredniego zwrotu do odbiorcy. Każda zwrtoka zaczyna się słowami "Look at me, look at me!". W każdej z nich, przez swoje umiejętności, opisani się inni ludzie. Każda smutniejsza od poprzedniej.
Bo pierwsza grupa ludzi umie jeździć na rowerze bez trzymanki. Potrafią rysować komiksy, sa dumni ze swojego kraju i potrafią utrzymać rytm bez metronomu. To artyści, dzieci, robotnicy, młodzież, czy ludzie bez większych problemów życiowych.
Drudzy - naukowcy i biznesmeni. Projektują silniki i komputery potrafiące przetrwać powódź. Mogą przekonać cię do kupienia ich produktu. Rozumieją przyszłość. Prowadzą całe narody za pomocą mikrofonu. Rozszczepiają atomy.
I na koniec politycy. Ich zasięg jest światowy, ich wieża jest bezpieczna. Mogą wysyłać setki ludzi do więzienia, tylko dlatego, że ich nie lubią (chociaż ten tekst wydaje mi się strasznie banalny). Umieją trafić coś przez teleskop, kierować rakietą z satelity. A co najważniejsze, mogą skończyć całą planetę holokaustem.
A co jest dla mnie najciekawsze? Że to nie są żadne grupy ludzi. To nie są jacyśtam mistyczni oni. Podmiot liryczny za każdym razem mówi "Ja!", "Patrzcie na mnie!". To wszystko jesteśmy my. Ludzie. Potrafimy jednocześnie jeździć na rowerach bez trzymanki i zniszczyć całą naszą planetę (gdyby ktoś nie wiedział, to tak, mamy taką możliwość gdzieś od lat siedemdziesiątych).
Nadinterpretacja? Może. Ale to co napisałem wyżej to właśnie spotkanie intencji nadawcy i intencji odbiorcy.
I szczerze polecam płytę Flobots Fight with tools.